Ja będę tą, której kiedyś ktoś będzie płacił za to, żebym nic nie robiła. Pomysł zdaje się być absurdalny, ale wierzę szczerze, że znajdą się tacy, którzy będą chcieli popatrzeć na brak pracy jak na najlepsze przedstawienie. Ja, za przeproszeniem, mogę to robić z palcem w dupie. W jakiej sytuacji nie było, nie jest i nie będzie 'moje' państwo, zawsze wychodziło i wychodzi mi to najlepiej. Zatem plan jest prosty. Kiedy ludzie zapomną, co znaczy powiedzenie "co robić, by się nie narobić", a z moich bystrych obserwacji wynika, że ten powolny proces wciąż zachowuje miano procesu, ja będę gwiazdą. Zatem ja cierpliwie poczekam. Oczywiście istnieje niewielkie ryzyko, że nie doczekam. Jak nie doczekam, pomysł opatentuję i zarobią na tym moje dzieci.
"wielokrotnie zwodziła ją ładność i brała w swoje syrenie władanie" "a zakręt, który jest w niej, nigdy nie będzie prostą." "tak wygląda jej własny internet / tak wygląda jego własny internauta" "jest łazarzem. poniekąd ci o tym opowie" "sztuka jest sztuką. a wszystko inne, jest wszystkim innym."
14 maja 2008
Rewolucja!
Mam nową rewolucyjną teorię! Ludzie, wszyscy ludzie, wszędzie bardzo dużo pracują, gdyż zależy im na poprawieniu własnej więc i państwowej sytuacji gospodarczej. Istnieje więc pewien rodzaj przyzwolenia społecznego na przepracowywanie i notoryczną nieobecność w tymże społeczeństwie. Sytuacja jednostki poprawia się powoli, wprost proporcjonalnie do sytuacji państwa, w którym jednostka przebywa. Zdarza się, że przyrost jest odwrotnie proporcjonalny, ale na to zawsze mają wpływ inne czynniki. Czasem skrajnie niebezpieczne dla dobra jednostki lub całego społeczeństwa. Niektóre kraje mają sytuację gospodarczą stabilną. Rozpoznaje się to po tym, gdy ceny podstawowych produktów są dostosowane do zarobków. W tejże sytuacji wszystko ma swój porządek i kolej. Wszyscy oczywiście pracują na tą stabilność, ale koniec końców cel zostaje osiągnięty. Dwudniowa wypłata wystarcza na czynsz tygodniowy. Podstawowe produkty są bezproblemowo nabywane. I zostaje conieco. Z coniecem bywa różnie. Rzadko w takim stabilnym państwie conieco jest odkładane. Sytuacja wygląda inaczej w państwach niestabilnych gospodarczo, które z całych sił, każdą ludzką dłonią, starają się gospodarce - klapsami we własne zadki - dopomóc, by jednostka mogła czuć się bezpiecznie i stabilnie. Stabilność taka kosztuje bardzo wiele. Pochłania umysły. Wyczerpuje ogromne rzesze jednostek, które jednak swoją wyrozumiałością dopomagają tej stabilizacji. Tak więc Codzienna walka wygląda zgoła inaczej niż w krajach stabilnych gospodarczo. Codzienna praca wymaga nie tylko potu, ale i krwi. Wciąż, choć mamy dwudziesty pierwszy wiek. Z krwią bywa różnie. Czasem się poleje, a czasem, w bardziej sprzyjających okolicznościach, czerwone krwinki z białymi stworzą kumpelski układ zwany anemią (lub zwany inaczej, gdyż układ stworzą inne struktury). Dzięki takim chorobowym niedogodnościom jednostka musi poświęcić swój drogocenny czas na rekonwalescencję. Pieniędzy oczywiście ile by nie było, zawsze jest za mało. Czy pracuje się 48godz. na dobę czy tylko 24. Portfel jest bezużyteczny już w połowie miesiąca, gdy za jednostką zaledwie czynsz bez opłat. Portfel czeka wówczas do następnej wypłaty, a jednostka rachunki za gaz i śmieci opłaca kredytowo albo nie opłaca wcale, by kredyt wziąć kupą na rachunki z trzech miesięcy, gdy występuje zagrożenie odłączenia, w niesprzyjających okolicznościach, nawet bramy od domu. O jedzeniu się nie myśli, czeka się na następny portfel lub jakąś odpaństwową trzynastkę. Wychodzi na to, że jednostka w takim państwie starającym się o dobrobyt, je raz w roku, a to i tak jak ma szczęście. Nosi się w tym, co wyrzucą na śmieci (przywołując pierwszy lepszy przykład) Niemcy, albo co jest trzydzieści lat niemodne we Francji. I w sumie na to narzekać nie ma co, bo czasem to bardzo dobre ubrania. W fazie lepszej sytuacji gospodarczej jednostkę stać na zakup jeansów lub butów raz na dwa miesiące. W sytuacjach przepracowania jednostka robi taki zakup raz na pół roku uzupełniając również braki w bieliźnie. Jednostka przepracowana bierze wtedy jeden dzień wolnego i do wyrzygania napastuje sprzedawczynie, to znaczy w godzinach od sklepów otwarcia do ich zamknięcia, sprawdzając czy w ciągu ostatniego roku nie otworzono w mieście jakiegoś punktu 24-godzinnego. Na szczęście hipotetyczna 'lepsza' sytuacja gospodarcza wymaga na sprzedawczyniach kompetencji i cierpliwości, w odróżnieniu od sytuacji początkowej walki o stabilizację państwową, kiedy to sprzedawczyni potrafiła odpowiedzieć: NIE MA KOSZULI NA PANA. PAN MA ZA KRÓTKIE RĘCE. Lepsza sytuacja państwa= lepsze maniery w sklepach z odzieżą. Zawsze w kolejce stoi jakiś Wschodniak, który chętnie zastąpi złe maniery ciężką pracą i miłą, bo wypracowaną aparycją. Takimi Wschodniakami jesteśmy my wszyscy, żyjący na emigracji w państwach stabilniejszych gospodarczo, z tego lub innego powodu. Z mojego krótkiego, ale jakże wyczerpującego wykładu wynika jasno, że świat opanowało wielkie szaleństwo pracoholizmu. Wszyscy dookoła się o coś starają, bo zawsze może być lepiej i w sumie nie ważne kto jest w rządzie, bo rządy mijają, a my wiemy, że nasza praca czemuś służy, nawet jeśli zapomnieliśmy czemu dokładnie. Zawsze można sobie przypomnieć. A jak nie można, empatia społeczna znajdzie odpowie
dź.
Ja będę tą, której kiedyś ktoś będzie płacił za to, żebym nic nie robiła. Pomysł zdaje się być absurdalny, ale wierzę szczerze, że znajdą się tacy, którzy będą chcieli popatrzeć na brak pracy jak na najlepsze przedstawienie. Ja, za przeproszeniem, mogę to robić z palcem w dupie. W jakiej sytuacji nie było, nie jest i nie będzie 'moje' państwo, zawsze wychodziło i wychodzi mi to najlepiej. Zatem plan jest prosty. Kiedy ludzie zapomną, co znaczy powiedzenie "co robić, by się nie narobić", a z moich bystrych obserwacji wynika, że ten powolny proces wciąż zachowuje miano procesu, ja będę gwiazdą. Zatem ja cierpliwie poczekam. Oczywiście istnieje niewielkie ryzyko, że nie doczekam. Jak nie doczekam, pomysł opatentuję i zarobią na tym moje dzieci.
Ja będę tą, której kiedyś ktoś będzie płacił za to, żebym nic nie robiła. Pomysł zdaje się być absurdalny, ale wierzę szczerze, że znajdą się tacy, którzy będą chcieli popatrzeć na brak pracy jak na najlepsze przedstawienie. Ja, za przeproszeniem, mogę to robić z palcem w dupie. W jakiej sytuacji nie było, nie jest i nie będzie 'moje' państwo, zawsze wychodziło i wychodzi mi to najlepiej. Zatem plan jest prosty. Kiedy ludzie zapomną, co znaczy powiedzenie "co robić, by się nie narobić", a z moich bystrych obserwacji wynika, że ten powolny proces wciąż zachowuje miano procesu, ja będę gwiazdą. Zatem ja cierpliwie poczekam. Oczywiście istnieje niewielkie ryzyko, że nie doczekam. Jak nie doczekam, pomysł opatentuję i zarobią na tym moje dzieci.