"wielokrotnie zwodziła ją ładność i brała w swoje syrenie władanie" "a zakręt, który jest w niej, nigdy nie będzie prostą." "tak wygląda jej własny internet / tak wygląda jego własny internauta" "jest łazarzem. poniekąd ci o tym opowie" "sztuka jest sztuką. a wszystko inne, jest wszystkim innym."
16 maja 2008
I jeszcze jest zimno, bo czasem wietrzę. Przepraszam wszystkich. A nie umiem...
Wszystko śmierdzi. Wszystko wokoło. I jeszcze jest zimno, bo czasem wietrzę. I już ja też śmierdzę, bo w tym smrodzie mi bez różnicy. Rosalie wylała wino na mój dywan. Trzy dni temu. A wino było chilijskie czerwone i drogie z posmakiem czekoladowym i nie wypiłyśmy nawet lampki. Chyba komuś oddam pozostałe pół.
Zrobiłam pranie, bo mi majtek zabrakło, ale leży wszędzie. Bo mi kazali zdjąć z suszarki, którą przezywają końskim czymś tam.
Więc potrzebne majtki leżą gdzieś pomiędzy solą odkurzaczem kamerą i... dmuchanym pachołkiem, który dostałam w Londynie od Michała.
Soli mam po całej podłodze, bo podobno miała zejść plama, ale moi drodzy: gówno prawda. Plama jest jaka była, ale do tego zaschnięta i mam bałagan solny i tą sól w tych majtkach pewnie. Tak, tak. Ja też znam ten dowcip, żeby się dorosły posikał, trzeba mu soli w majtki. Cóż.
Może nie będę tyle płakać.
Apropo nie znalazłam lepszej metody niż to bzdurne pisanie.
Życie mi zbrzydło. Oj jak...
Moment jest najgorszy z możliwych na to, co się dzieje. Nie dość, że chcą mnie wykolegować z mieszkania poznańskiego, to jeszcze luby. Bo luby zrozumiał, że jestem podła. Najpodlejsza z możliwych. Teraz. A ja właśnie zdążyłam całej tej podłości podziękować. Wszystko pożyczyłam wrogowi. I tak bardzo wiem o czym mówi, że nie mogę się wyprzeć słowa. Oczywiście myli się w detalach, ale przecież to gówno ważne. Ważne, że nie pozostaje mi nic uczciwszego, jak pozwolić mu odejść. Nikt nie może tak przecież dłużej żyć. Ale ja go kocham. I jestem człowiekiem. I tak mi bardzo przykro, że nie mam innego wyjścia. Kocham Cię i nie mam wyjścia, jak Cię w końcu zrozumieć. Mój luby mój, wszystko jest źle i wszystko co było, było niepotrzebnie podłe. Tak bardzo chcę urodzić Ci dziecko.
Wczoraj oczywiście styrana pracą na emigracji wróciłam do domu. I jak stałam, tak mejla od lubego przeczytałam. I sobie tak pomyślałam pierwsze co: Jak bym tak jutro rano na wycieczkę z plecakiem wyszła. Powiedziała, że mogę wrócić jutro. Przecież nikt by mnie tu nie szukał. A ja bym znalazła sobie miejsce gdzieś w angielskiej ziemi z tą moją podłością życiową. Nic więcej. Zniknąć i już nie musieć sama ze sobą się zmagać. Bo do wyrzygania mam siebie dość. Franek z akademii sztuk na naszej klasie ma napisane w profilu: dobry człowiek. Tak mu strasznie zazdroszczę, nawet jeśli to jakiś chwyt marketingowy. Bo ja sobie myślę, że wśród tych uczciwych, muszą być gdzieś wokół też tacy jak ja. Z zaschniętą krwią pod paznokciami wszystkich tych, którzy za mną. Każdego bez wyjątku. A krew tych, którzy najbliżej, mam codziennie odświeżaną nowymi atrakcjami. Podła jestem. Albo mnie pełno albo niebezpiecznie mnie nie ma. A paznokcie obgryzam, więc nie widać dowodów.
Nie wiem jak się nią stałam. Tą złą kobietą, której nie poznaję już w lustrze, a którą maluję codziennie. Smaruję. Codziennie grubiej. Codziennie inaczej. Codziennie zasłaniam coś innego. Zmywam tylko czasem łój.
Nie wiem kiedy podjęłam złą decyzję. Może wtedy, gdy nie zaczęłam brać narkotyków, albo wtedy, gdy mówiłam nie, gdy chcieli mnie pierwsi lepsi zaciągnąć w pościele.
Sama siebie najlepiej do wszystkiego przekonam. To robię przez całe życie.
Odkąd tylko pamiętam. Przekonuję się, że nie jestem taka zła. Że może być gorzej. Że wśród tego całego zła, które wyrządzam, jest trochę prawdy i dobra. Zawsze się musi coś trafić. Tak mówią statystyki.
Nie wiem kiedy podjęłam złą decyzję, że jestem teraz taka podła i na wszystko mam taką grubą skórę i wszystko mam w dupie. Kiedy to się zaczęło? Ta nieuczciwość. Może dawno dawno temu kiedy byłam małą dziewczynką i sama musiałam się okłamywać. I młodszą siostrę. A później już nie wiedziałam co jest prawdą. Bo byłam małym dzieckiem. A kiedy urosłam, już było mi bez różnicy. Chyba wciąż jest mi bez różnicy jaka jest prawda. Kto jest winien. Kto co zrobił. Kto kłamał. Kto zdradził. Jest mi bez różnicy czy jest Bóg, a tym bardziej czy jest Prawdą. Jest mi bez różnicy czy rzeczywiście mam talent, czy tylko jestem przebiegła. Czy prawdą może jest tylko to, że mam więcej szczęścia niż rozumu. Mam w dupie co będę robić, a co robić powinnam.
Najukochańszy mój Pamiętniku, piszę, bo wpadam w depresję, bo czuję, czym może być w moim przypadku załamanie nerwowe. Jeśli było kiedyś gorzej, to sama siebie przekonałam wtedy, że nie jest.
Wiesz, że nic nie pamiętam? Zapomniałam wszystko. Wszystkie podłości zapomniałam, by móc sama ze sobą żyć. Więc się nie dziw, że się dziwię. Że popełniam kolejny raz ten sam błąd. Sama się we własnej podłości nauczyłam odnajdywać.
A może wypiję to wino? Przecież to łatwe. A jak znów będę zbyt zmęczona, żeby się powstrzymać przed nadmiernym myśleniem, kupię drugie. Całe życie uciekam. Przed alkoholem i facetami. A najbardziej przed ich połączeniem. Ze skutkiem różnym. Uciekam przed tym, jaka się beznadziejna czuję. Jaka podła. Gdzie uciekam? W ten taki drobny mały urok ze trzy grosze warty, którym potrafię sprawić się wspaniała. Uciekam w zainteresowanie. Gówno mnie obchodzi czyje. W centrum zainteresowania. Na plac Świętego Piotra w Rzymie. I sterczę statuą. Niech mi mówią co we mnie dobre, bo nic dobrego znaleźć sama nie umiem. A później się zastanawiam, z kim ja do cholery rozmawiałam.
Eh ponarzekałam. Będę więcej, bo wciąż liczę, że nikt tu nie przyjdzie. Może czasem Lula, bo mi poradziła w komentarzach, żebym kotwiczkę na ramieniu wytatuowała. To istnieje.
Lula zamieszkaj ze mną. Będzie fajnie. Obie wpadniemy w depresję i znienawidzimy po raz kolejny wszystkich dookoła. A później będziemy żyć długo i nieszczęśliwie skutecznie wszystkich dookoła o to winiąc. Czy to nie piękna perspektywa? Zgódź się.
Już wiem, że narzekać można tylko po polsku. Ten język jest do tego stworzony. W każdym razie mam doła i mogę nie zaliczyć roku, bo się opieprzam. Nie mam czasu robić sztuki, bo robię kawę. Składam właśnie też film. Video art. Ale jest gówno wart. Tyle że śmieszny i postanowiłam pokazać jak wszystko tu mam w dupie. Nie dosłownie. Ale metaforycznie. A! I zrobię trochę sztuki na żywo. 28. maja, bo mamy wtedy prezentację końcoworoczną czyli>zrobię bo muszę, ale to będzie boleć. Będzie boleć bardzo. Nie metaforycznie. Dosłownie. Ale coś się chociaż wydarzy. A wszystko według mojego dizajnu. Najgorsze, że (oczywiście jak w życiu) z kimś to muszę podzielić. Rosalie jak usłyszała, się z emocji roztrzepotała! Aż wino wylała. A wino było chilijskie czerwone i drogie z posmakiem czekoladowym i nie wypiłyśmy nawet lampki.