Szukaj na tym blogu

9 czerwca 2008

kontekst wkkkkkkrótce

Kontekst to stworzenie parzystokopytne żyjące w stadzie, bywa w wielu stadach. I wielu stworzeniach...
Byłam dziś w miejscu zwanym angielską RIVIERĄ. Zdjęcia wkrótce w Picassie do wglądu. Problem z tymi riwierami jest taki, że one jakoś działają, nawet jak są turystycznie upośledzone.
Pierwszy wolny dzień od bardzo dawna, odkąd jestem imigrantem i emigrantem, bo to zależy od punktu siedzenia, spędziłam nic nie robiąc i to na plaży. Mam poparzenia słoneczne, bo właśnie wyleczyłam łokcie.
Miałyśmy z Rosalie ubaw po pachy na czerwonej plaży Torquay.
Zaczęli mnie w pracy lepiej traktować. I mogę już pełnoprawnie być częścią staffu. Załogi. Zastanawiam się czasem jak słucham w przerwach... Mogę siedzieć jako Polka przy jednym stole i słuchać opowieści z dzieciństwa Marvina i Michelle, i zastanawiać się czy to szczęście, że mogę tak siedzieć z moim polskim kontekstem bez pojęcia o puddingu i innych angielskich...? Szukamy kontekstu. Edith umarła. Była najgorsza. Cały czas nadąsana i niezadowolona w tym zasranym czerwonym sweterku, bo zawsze herbata była za zimna. I jeszcze mi kazała próbować. No masz, zobacz co mi przyniosłaś, nienormalna jesteś, spróbuj, ciekawe, no, ciekawe, masz wypij, sama se wypij, a nie mi tu na starość przyszło... Umarła. Lekarz powiedział, że to był zawał. Była najbardziej sprawna i wszystko potrafiła bez pomocy. I sama sobie umarła po cichu zadowolona, że nikt jej nie odwiedza, bo nie musi sprzątać. Trzeci dzień z przyzwyczajenia przynosiłam gorący czajniczek z herbatą, podchodząc do jej fotela. Pauline teraz w nim siedzi, a ona po prostu bez cukru. Edith była pierwszą, którą poznałam, jak poszłam zapytać o pracę. Mówiła, że tamte w salonie to się z niej śmieją i jej nie lubią, patrz jak się śmieją, szczerzą te zęby, za co one mnie tak nienawidzą, patrz jak zaglądają głupie, to niedorzeczne żeby pani w moim wieku się denerwowała koleżankami, do diabła z nimi, idę. Nie pamiętałam jej imienia, więc od wieści, że nie żyje, trzy godziny zastanawiałam się która. Jak skojarzyłam, usiadłam. numer 28. Jak mogłam jej nie skojarzyć. Ręce opadły. I wszyscy wrócili do pracy. A ja płakałam z tymi ręcyma..... Tu się nie płacze. I miałam wyrzuty sumienia cały dzień, bo to oni ją znali, a ja tylko nie lubiłam. Mogę ją narysować.
Jackie oszalała, łapie wszystkich facetów za nabiał i próbuje ich całować. A jest ich czterech i musimy ich bronić. Ja Toniego musiałam na wózku szybko do windy. Biedny nieżywy mąż napalonej Jackie. A ma zęby, od żucia, a nie połykania tabletek, czarne. Biedny Marvin, bo chodziła za nim cały dzień. My miałyśmy ubaw, a on się po prostu wkurwił za przeproszeniem. Gdyby ktoś usłyszał, co tu się dzieje, wyleciałby z pracy. Jackie mówi, że chce go. I jego. I go podszczypuje.
Jak zaczęłam pracę, Jackie była w porząsiu. Pocztąkowała demencję. Sobie dyskutowałyśmy niewrażliwie i byłą moją nauczycielką języka. Dziś jej pokój cuchnie, bo od tygodnia jest z nią naprawdę źle i rzuca kupami w każdego, kto wchodzi do jej pokoju, sikając już totalnie wszędzie na nowy dywan. To kwestia czasu i umrze dla nas druga. Biedna. Nie chcę być ciekawa gdzie teraz trafi... Starość ma kły i wielką kupę pomiędzy. Pieluchę wtyka w dziub, żeby nie wołać pomocy i wykręca ręce, póki nie zaczniesz wyć. Wyrywa żyły do zaskrzeczenia, aż koła ci są potrzebne, żeby zjeść obiad, bo trzy piętra. I już nawet dłońmi kół nie potrafisz, bo wymiotujesz trzy razy dziennie zarazkami od sąsiadek. Starość ma dupę zamiast spojrzenia i sra na rzadko. Gombrowicz upupił dzieci, a dzieci upupiają staruchów. I tymi samymi chusteczkami nawilżanymi się podciera... Oczy już dawno nie patrzą, tylko spozierają spode łba. I tylko, która podejdzie to w ryj, bo ja jestem stara i trzeba mi pomóc. Starość nie ma rodziny. Ma zniesmaczone oczy wnuczki i znudzone jakieś chyba córki. Starość nie ma rodziny, ma wizytacje. Żona zamieszkała z kuzynami, bo się gorzej poczuła. A George rolnik od świń zamknięty sam pomiędzy drzwiami wymiotuje niefizycznie. Wciąż sam siebie pyta dlaczego został sam, a nas dlaczego musi jeść, bo on nie musi. Pół godziny na swojej farmie oddałoby mu życie i szacunek, na który zasłużył. Nogi mu puchną. Są olbrzymie. I ciężkie. Same nogi są ciężkie... On przestaje powoli wszystko.

Ja Karolina narzekam w Anglii na pieprzone dedlajny/ostateczne terminy, które są ostateczne śmiertelnie. Przez nie tyle problemu i niepewności. Ja Karolina nienawidzę ostatecznych terminów i uwielbiam narzekać na wszystko. Bo przecież wszystko jest źle! Jestem krytyczna, uprawiam też krytykanctwo. Ja Karolina mam problemy z tą Anglią, której nie toleruję. Kupiłam dziś kartkę w miejscu zwanym angielską riwierą. Kartkę mogę wysłać, ale tylko pod warunkiem, że wróci, bo kosztowała funta. Jest specjalna. Można po niej pisać i wymazywać. Taka wielokrotnego użytku. Jeśli ktoś by chciał sobie potrzymać, zdjęcie zrobić... Adres na mejla.


  • "ostateczny termin na narzekania/zażalenia minął wczoraj"