Szukaj na tym blogu

2 lutego 2010

mierzeja wiślana


po lewo: Polska, po prawo: Rosja



Projekt "Święty Wojciech" się dokonał. Artystyczna podróż do granic zimy. Wróciliśmy wczoraj przed północą.
Wyruszyliśmy pociągiem w niedzielę o godz. 10 do Gdańska, skąd pekaesem do Krynicy Morskiej, gdzie spędziliśmy mroźne kilkadziesiąt minut w poszukiwaniu noclegu. Było ok. godz. 19.00. Dziwnie odpowiadać na pytania dlaczego tak bez zapowiedzi i, że tak zimno przecież.
Znaleźliśmy schronienie w Hotelu Landrynka. Spełnił nasze oczekiwania hahahahahha
Nasza trójka zbunkrowała się w pokoju hotelowym, gdzie na drzwiach widniał napis o konieczności zamykania okien z powodu plagi komarów.
Ciekawe...
Zalogowani, poszliśmy szukać sklepu /niedziela godz. 21.00 koniec świata.
I kogo spotkaliśmy na deptaku? Dwuczłonową rodzinę dzikową. Nie dziką. Dzików.
Na początku nawet się śmialiśmy, dopóki sobie nie przypomniałam wierszyka, bo kto spotyka w lesie dzika, ten na drzewo szybko zmyka............ Wskoczyliśmy pod górę do jakieś zagrody przedzierając się przez śnieg po pachy. I czekaliśmy.
Dziki /chyba jednak nie największe z możliwych/ bardzo powoli spacerowały wywąchując w śniegu jedzenie. A my tam. One na chodniku. A my tam. Nie oddychamy.
Było ciekawym doświadczeniem to doświadczenie.
Uratowała nas pani miejscowa z psem, którą Avabaf zdążył zapytać jedynie "Czy to Pani dziki?", a ona bez słowa przy pomocy butelki pet wystraszyła skutecznie dzikie dziki.
Więc wyleźliśmy z tego śniegu, z tej zagrody w zakłopotaniu, celowym na sklep.
Się znalazł, my zaczęliśmy znów oddychać. Po przypadkowym spotkaniu ze Strażą Graniczną i wybadaniu terenu, poszliśmy spać o północy, Ava w okularach, aby wyruszyć porankiem do Piasków, a dalej piechotą przez las do granicy.
Wstaliśmy nieco później niż planowaliśmy, przez śniadaniowanie autobus uciekł, podróż autostopowa w końcu pozwoliła w końcu nie zamarznąć spacerem dziesięciokilometrowym. Ania wątpiła.
Dalej lasem i plażą kilka kilometrów przez śnieg. Naprawdę wrażenie; niezwykle tak się przedzierać do miejsca, nad którym miejscowi nawet się nie zastanawiali. Pani z Landrynki nigdy tam nie była i nic nie wiedziała. Ale ona akurat niewiele wiedziała. Ona akurat wydawała się nie mieć historii.
Było ślisko, bardzo.. A ja w moich wychodzonych dziesięcioletnich martensach tam po prostu jazdę figurową miałam.
Piękna zima w dzikim lesie. Obrazów z głowy nie da się przenieść. Na plaży nieliczne ślady. Morze niespokojne. Piasek żółciutki wymieszany ze śniegiem... Muszli brak.
Wszystko między wodą a wodą. Bałtykiem a Zalewem Wiślanym.
Śledząc Świętego. Nie traciliśmy głowy.