Szukaj na tym blogu

4 lutego 2010

przypomniało mi się zdarzenie

sztukę piszę. wieloosobową. - dzietną.



poza tym chcę coś opowiedzieć.
wiele wiele miesięcy temu współlokator mój Siegmund, przy okazji porządków, wyrzucił na śmietnik blejtramy /czyli deski na które naciąga się lniane płótno w celu zobrazowania/.
śmietnik jest cztery metry od mojego jedynego okna.
znam odwiedzających i ich przyzwyczajenia i gusta.

kilka dni, może dwa po tym wyrzuceniu = postawieniu obok śmietnika, zjawił się pan. bardzo pijany. mogła być godzina 9.30. była zima. na Jeżycach jest wiele osób, które marzną w niedogrzanych kamienicach.
pan postanowił zabrać drewniane deski, żeby zapewne ogrzać mieszkanie.
nie mógł jednak zabrać kilkumetrowych desek zbitych w prostokąty, bo wyglądałby nieco dziwnie.
na chwiejących się nogach stanowił stanowił i postanowił.
zaczął kawałeczek po kawałeczku łamać drewnianą konstrukcję.
było łatwo złamać kilkumetrową niegrubą deskę na pół. i kilka mniejszych połówek, choć upadł sześć razy.
cały spektakl się tym nie skończył, bo wciąż były to długie deski.
odpocząwszy, próbował trafiać w środek poszczególnych desek, kiedy jeden koniec spoczywał na krawężniku. tak jak z orzechami, kiedy liczy się że następny będzie miał miękką łupinę. możliwą do zgniecenia. ogłupiony błędnik nie pozwolił jednak trafić ani razu.
wrócił z młotkiem, więc zapewne jakiś sąsiad to.
akcja z trafianiem młotkiem w deski w celu ich połamania trwała mało skutecznie kilkadziesiąt minut. prawdopodobnie trzy razy obite zostały palce i stopy boleśnie.

panu zajęło dwie i pół godziny w stanie totalnej nietrzeźwości nadającej się do izby, zrobienie ze skutku ubocznego sztuki, opału.

wzruszająca historia. patrzę dziś przez to okno. znów stoją tu długie deski.