sztukę piszę. wieloosobową. - dzietną.
poza tym chcę coś opowiedzieć.
wiele wiele miesięcy temu współlokator mój Siegmund, przy okazji porządków, wyrzucił na śmietnik blejtramy /czyli deski na które naciąga się lniane płótno w celu zobrazowania/.
śmietnik jest cztery metry od mojego jedynego okna.
znam odwiedzających i ich przyzwyczajenia i gusta.
kilka dni, może dwa po tym wyrzuceniu = postawieniu obok śmietnika, zjawił się pan. bardzo pijany. mogła być godzina 9.30. była zima. na Jeżycach jest wiele osób, które marzną w niedogrzanych kamienicach.
pan postanowił zabrać drewniane deski, żeby zapewne ogrzać mieszkanie.
nie mógł jednak zabrać kilkumetrowych desek zbitych w prostokąty, bo wyglądałby nieco dziwnie.
na chwiejących się nogach stanowił stanowił i postanowił.
zaczął kawałeczek po kawałeczku łamać drewnianą konstrukcję.
było łatwo złamać kilkumetrową niegrubą deskę na pół. i kilka mniejszych połówek, choć upadł sześć razy.
cały spektakl się tym nie skończył, bo wciąż były to długie deski.
odpocząwszy, próbował trafiać w środek poszczególnych desek, kiedy jeden koniec spoczywał na krawężniku. tak jak z orzechami, kiedy liczy się że następny będzie miał miękką łupinę. możliwą do zgniecenia. ogłupiony błędnik nie pozwolił jednak trafić ani razu.
wrócił z młotkiem, więc zapewne jakiś sąsiad to.
akcja z trafianiem młotkiem w deski w celu ich połamania trwała mało skutecznie kilkadziesiąt minut. prawdopodobnie trzy razy obite zostały palce i stopy boleśnie.
panu zajęło dwie i pół godziny w stanie totalnej nietrzeźwości nadającej się do izby, zrobienie ze skutku ubocznego sztuki, opału.
wzruszająca historia. patrzę dziś przez to okno. znów stoją tu długie deski.
poza tym chcę coś opowiedzieć.
wiele wiele miesięcy temu współlokator mój Siegmund, przy okazji porządków, wyrzucił na śmietnik blejtramy /czyli deski na które naciąga się lniane płótno w celu zobrazowania/.
śmietnik jest cztery metry od mojego jedynego okna.
znam odwiedzających i ich przyzwyczajenia i gusta.
kilka dni, może dwa po tym wyrzuceniu = postawieniu obok śmietnika, zjawił się pan. bardzo pijany. mogła być godzina 9.30. była zima. na Jeżycach jest wiele osób, które marzną w niedogrzanych kamienicach.
pan postanowił zabrać drewniane deski, żeby zapewne ogrzać mieszkanie.
nie mógł jednak zabrać kilkumetrowych desek zbitych w prostokąty, bo wyglądałby nieco dziwnie.
na chwiejących się nogach stanowił stanowił i postanowił.
zaczął kawałeczek po kawałeczku łamać drewnianą konstrukcję.
było łatwo złamać kilkumetrową niegrubą deskę na pół. i kilka mniejszych połówek, choć upadł sześć razy.
cały spektakl się tym nie skończył, bo wciąż były to długie deski.
odpocząwszy, próbował trafiać w środek poszczególnych desek, kiedy jeden koniec spoczywał na krawężniku. tak jak z orzechami, kiedy liczy się że następny będzie miał miękką łupinę. możliwą do zgniecenia. ogłupiony błędnik nie pozwolił jednak trafić ani razu.
wrócił z młotkiem, więc zapewne jakiś sąsiad to.
akcja z trafianiem młotkiem w deski w celu ich połamania trwała mało skutecznie kilkadziesiąt minut. prawdopodobnie trzy razy obite zostały palce i stopy boleśnie.
panu zajęło dwie i pół godziny w stanie totalnej nietrzeźwości nadającej się do izby, zrobienie ze skutku ubocznego sztuki, opału.
wzruszająca historia. patrzę dziś przez to okno. znów stoją tu długie deski.