Szukaj na tym blogu

19 czerwca 2010

Ustroń/Rosomak


Do 10 lipca na rehabilitacji w sanatorium. Z pozdrowieniami dla Dody i innych mojego pokolenia.

16 czerwca 2010








foto: Ewa Ma





Francis Bacon – Triptych





Francis Bacon, Self-Portrait 1973







Image: Francis Bacon
Study of a Dog 1952
© Tate
Oil on canvas
218 x 158 x 11 cm



waiting




Magister sztuki na 5.

NA PEWNO niebawem napiszę coś więcej o tym dziwnym spotkaniu.




13 czerwca 2010

Obronię się.

Jutro się obronię. Cross your fingers anyway.

12 czerwca 2010

"Próbujcie powiedzieć jakbyście byli pierwszym człowiekiem, to co widzicie, to czym żyjecie, co kochacie, tracicie" (Rilke, Listy do młodego poety)

10 czerwca 2010

za Natalią Fiedorczuk

Mężczyźni dążą do minimalizacji wysiłków, kobiety do maksymalizacji frustracji.


"(...) wiecznie chwiejne i niepewne poczucie własnej wartości 'przeciętnego' mężczyzny, skłania go do wybierania typu kobiety, która jest infantylna, histeryczna i bez uczuć macierzyńskich, co naraża kolejne pokolenia na wpływ takich właśnie kobiet." K. Horney

9 czerwca 2010

>> W dokumencie "Porządek apostolski" stworzonym przez oponentów Marii, a opisującym wydarzenia Ostatniej Wieczerzy, znajduje się fragment:

Jan rzekł: "Kiedy Mistrz pobłogosławił chleb i kielich i rozdał je ze słowami: "To moje Ciało i Krew" nie zaproponował ich kobietom, które są z nami. Marta odpowiedziała: "Nie przekazał ich Marii, ponieważ się śmiała" <<

8 czerwca 2010

"skin cosmos" (Tomoe Shizune)



Magdalene of the skin cosmos

krytycy..

Jest w nim coś z poronionego bajarza. źródło

Duchamp w roku 1921 odwrócił się od sztuki poświęcając się grze w szachy.

Na jego grobie w Rouen jest wygrawerowane epitafium: "Zresztą to zawsze inni umierają"

[za:] Anastazy B. Wiśniewski

Wszystko jest sztuką, poza tym, co już jest. Wszyscy są artystami, poza tymi, co już są.

[za:] K.Kieślowski

Nie można pokazać zbyt dużo - znika tajemnica
Nie można pokazać zbyt mało - nikt nic nie zrozumie










NIEZMIERNIE WAŻNY MANIFEST:

NA TARGACH SZTUKI NIE MA SZTUKI!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!


















6 czerwca 2010

... namiętnie z fejsboga

Motto na dziś. Izabella lubi swoje nowe motto:

Pozwól dobrym ludziom dosięgnąć marzeń, pozwól złym ludziom zginąć.

mgr

14 czerwca o godz. 9.00 obrona mojej pracy magisterskiej /Międzynarodowe Targi Poznańskie, Hala nr 1 > antresola w okolicy baru

Postanowiłam o performance. Więc instalacja video nie będzie sama.

wspaniała!




4 czerwca 2010

Sztuka nie jest wizualną gimnastyką, ale zmianą sensów – mówił Mirosław Bałka na spotkaniu w Oksfordzie

3 czerwca 2010

to jest wyjątkowy człowiek. choć gbur.

"Główną wartością jest i przez całe moje życie było wykonywanie z pewnym zaangażowaniem i uczciwością swojego zawodu. Nigdy nie odpuszczałem. To niby drobiazg, ale gdyby tak mogli powiedzieć wszyscy tutaj, i krawcy, i inżynierowie, i politycy, to Polska by miała inny wymiar, miałaby wyższą jakość. Uszanowanie swojej pracy i siebie w tej pracy natychmiast przerzuca się na uszanowanie drugiego człowieka."

"Kiedyś, w ramach mojej, dość cherlawej, edukacji ojcowskiej, przekazałem Łukaszowi jedną myśl: "Nie wiem, jakim będziesz człowiekiem synku, jakim będziesz mężczyzną, ale pamiętaj, że mężczyzna to jest człowiek, który powinien całe życie po pierwsze: płacić za kobiety, po drugie: pachnieć bardzo dobrą wodą toaletową, a po trzecie, kto wie, czy nie najważniejsze, bo określające naszą dyscyplinę i status majątkowy: przez cały rok mieć cięte kwiaty w wazonie, zwłaszcza zimą"

"Jeszcze mówienie prawdy – mężczyzna, który kłamie, jest obrzydliwy. Kobieta, kiedy widzi jak mężczyzna kłamie, powinna przestać z nim chodzić do łóżka. Jak widzi, jak on np. kłamie, bo się boi szefa, bo chce osiągnąć jakiś sukces i zamienia się w glistę… i to przykre, że ona potem musi mieć takie ciało w swoim łóżku. To okropne."


"A jakie cechy powinna mieć kobieta?

Tolerancję w stosunku do mężczyzny. Odnoszę wrażenie, że dzisiaj kobiety w znacznie większym stopniu dźwigają świat niż kiedyś. Kobiety wspierają udręczonych mężczyzn. To nie są ci mężczyźni, co kiedyś szli na polowania i wracali z łupem, tylko to są mężczyźni, którzy się często boją o swoje stanowiska, jednakowo się ubierają, wyglądają jak klony - w garniturkach, z krawacikiem. Mają dość kiepskie marzenia i patrzą cały czas w te ekrany, takie, z których, nomen omen, pada trupie światło. Taki fiolet pada na ich twarze i oni mają okropnie głupie miny, jak tak siedzą."


"zawsze byłem zdziwiony, że to co mnie spotkało, to jest aż tyle. Całe życie byłem minimalistą."


Jan Nowicki

V. Nabokov Przejrzystość rzeczy /PIW

"Teraz zastanowimy się nad miłością. Jakież potężne słowa, jaka broń gromadzona jest w górach, we właściwych miejscach, w specjalnych kry­jówkach granitowego serca, za osłoną stalowych płyt o barwach imitujących żyłkowaną powierzchnię skal. Lecz gdy pragnął wyrazić swą miłość w krótkich dniach zalotów i małżeństwa, Hugh Person nie wiedział, gdzie szukać słów, które by przekonały Armandę, poruszyły ją, wywołały świetliste łzy w jej twardych, ciemnych oczach! Per contra, gdy powiedział coś przypadkiem, bez myśii o bólu i o poezji, coś banalnego, budził nieoczekiwa­nie szczęśliwy, histeryczny odruch ze strony tej kobiety o oschłym sercu, w zasadzie głęboko nieszczęśliwej. Świadome wysiłki zawodziły. Jeżeli — co się czasem zdarzało — o najcichszej szarej godzinie bez najmniej­szych seksualnych intencji odkładał swoją lekturę, aby wejść do jej pokoju, przyczołgać się na kolanach i łok­ciach jak ekstatyczny, nie istniejący w opisach i nie na drzewach żyjący leniwiec i wyszczekać swoje uwielbienie, chłodna Armanda mówiła mu, żeby wstał i przestał ro­bić z siebie durnia. Najczulsze wyrażenia, jakie potrafił wymyślić: moja księżniczko, moja ukochana, mój aniele,
moje zwierzątko, moja rozkoszna bestyjko —- doprowa­dzały jq wręcz do rozpaczy. — Dlaczego — pytała — nie możesz mówić do mnie jak normalny człowiek, jak dżentelmen mówi do damy, dlaczego musisz się zgrywać jak błazen, dlaczego nie możesz być poważny i zwyczajny, żeby można ci wierzyć? — Ależ miłość — mówił —- zasługuje na wszystko, tyl­ko nie na to, żeby jej wierzyć, prawdziwe życie jest na­prawdę śmieszne, prawdziwy chłop śmieje się z miłości. — Próbował całować brzeg jej spódnicy albo gryźć kant jej spodni, podbicie jej stopy, palec jej rozwścieczonej nogi i gdy czołgał się mamrocząc niemuzykalnym głosem ckli­we i egzotyczne, rzadkie i pospolite nic i wszystko dla własnego — w końcu — ucha, zwykłe wyznanie miłości zamieniało się w wynaturzone ptasie popisy samca, któ­ry nie widzi w pobliżu swojej samiczki: wyciąga długą szy­ję, potem ją zgina, spuszcza dziób, znów podnosi gło­wę. Wszystko to sprawiało, że wstydził się samego sie­bie. Jednakże nie mógł się powstrzymać, ona zaś nie mogła zrozumieć, bo w takich chwilach nigdy nie znaj­dował właściwego słowa, właściwego wodorostu. Kochał ją, choć tak zupełnie nie budziła miłości. Ar­manda miała wiele męczących, jakkolwiek niekoniecz­nie rzadkich cech, z których wszystkie akceptował niby absurdalne hasła w jakiejś chytrej krzyżówce. Mówiła matce prosto w oczy, że jest skatina, „bydlę" — oczywi­ście, nie zdawała sobie sprawy, że nigdy już matki nie zobaczy, gdy z mężem wyjeżdżała do Nowego Jorku po swoją śmierć. Lubiła wydawać starannie zaplanowane przyjęcia i choćby nie wiadomo jak dawno odbyło się to czy owo wdzięczne zebranie (przed dziesięcioma miesią­cami, piętnastoma miesiącami czy nawet jeszcze w do­mu jej matki w Brukseli lub w Witt przed ich małżeń­stwem) przebieg każdego z nich i tematy rozmów zakon­serwowane były na zawsze w rytmicznie szemrzącym szronie jej schludnego umysłu. W retrospekcji widziała zebrania Jako konstelację gwiazd na falującej zasło­nie minionego czasu, a swoich gości jako wynaturzone projekcje własnej osobowości: wrażliwe punkty, które na­leżało odtąd traktować z nostalgicznym szacunkiem. Je­śli Julia czy June wspomniały mimochodem, że nigdy nie spotkały u niej historyka sztuki pana C. (kuzyna zmarłe­go Charlesa Chamara), podczas gdy zgodnie z tym, co zarejestrowała pamięć Armandy, i Julia, i June były na owym przyjęciu, Armanda potrafiła być bardzo nieprzy­jemna; wyniośle i wzgardliwie wypierała się swej po­myłki i kołysząc biodrami jak w tańcu brzucha dodawa­ła: — W takim razie nie możecie również pamiętać tych małych kanapek od Pere Igora (pewien specjalny sklep), a przecież się nimi zajadałyście. — Hugh nigdy nie spotkał tak przykrego usposobienia, tak przygnębiającej amour-propre, natury tak egoistycznej. Julia, która jeź­dziła z nią na nartach i na łyżwach, uważała, że Arman­da jest bardzo miła, lecz większość kobiet oceniała ją krytycznie i w telefonicznych pogawędkach przedrzeźnia­ła jej żałosne metody napaści i riposty. Jeśli ktoś po­wiedział: — Zanim złamałam nogę... — Armanda wtrą­cała tryumfalnie: — A ja w dzieciństwie złamałam oby­dwie nogi. — Dla jakichś niezbadanych powodów odzy­wała się do męża przy ludziach tonem ironicznym i w ogóle nieprzyjemnym. Miała dziwne kaprysy. W czasie miodowego miesiąca w Stresa, ostatniej nocy (nowojorskie biuro natarczywie domagało się powrotu Hugha), Armanda wyraziła prze­konanie, że w hotelach pozbawionych zapasowych wyjść najniebezpieczniejsza jest, statystycznie biorąc, ostatnia noc i że w takiej masywnej staroświeckiej budowli, w ja­kiej właśnie mieszkali, na pewno bardzo łatwo o pożar. Z jakichś powodów producenci telewizyjni uważają, że nie ma nic bardziej fotogenicznego i powszechnie fas­cynującego jak porządny pożar. Armanda, która oglą­dała telewizję włoską, przygnębiona była albo udawała przygnębioną (lubiła pozować na osobę interesującą) z powodu takiej wiaśnie katastrofy przedstawionej w lo­kalnym programie — małe płomyki niby chorągiewki w slalomie, nagłe duże płomienie jak demony, woda leją­ca się skrzyżowanymi łukami jak w tylu rokokowych fon­tannach i nieustraszeni mężczyźni w lśniących cerato­wych kombinezonach, którzy kierują najróżniejszymi ope­racjami w ogólnym bałaganie wśród dobrze skompono­wanych efektów dymu i zniszczenia. Owej nocy w Stresa Armanda uparła się, żeby zrobili (on w krótkich nocnych spodenkach, ona w swojej Chudo-yudo piżamie) próbę akrobatycznej ucieczki w burzliwym mroku i zeszli po przeładowanej ornamentami ścianie hotelu z czwartego na drugie piętro, a stamtąd na dach galerii, między targane wiatrem wierzchołki drzew. Hugh na próżno się z nią spierał. Dzielna dziewczyna zapewniła, że jako do­świadczona alpinistka jest pewna, iż można to zrobić używając jako podparcia dla stóp owych wybrzuszonych ornamentów na ścianie i balkoników z balustradami, gwarantujących zupełnie bezpieczne zejście. Hugh miał oświetlać trasę z góry elektryczną latarką, schodzić tuż za Armandą i w razie potrzeby przytrzymać ją za ręce, by mogła w zwisie, który dodaje ciału długości, wyma­cać bosą stopą następne oparcie dla nogi.
Silny w ramionach Hugh był jednak wyjątkowo nie­zdarnym antropoidem. Wprowadził mnóstwo zamieszania do tej eskapady. Utknął na występie ściany tuż pod ich balkonem. Smuga światła niepewnie musnęła fragment fasady, po czym latarka wypadła mu z rąk. Krzyknął w dół nawołując Armandę do powrotu, Na dole otworzyła się nagle jakaś okiennica. Hugh zdołał wdrapać się z powrotem na swój balkon, bez przerwy wołając żonę po imieniu, jakkolwiek był już przekonany, że zginęła. Ale okazało się w końcu, że wylądowała w pokoju na trze­cim piętrze, gdzie znalazł ją owiniętą w kołdrę i spokoj­nie* palącą papierosa; leżała na łóżku nieznajomego pa­na, który siedział obok ria krześle i czytał jakiś maga­zyn. Jej seksualne dziwactwa przyprawiały go o zakłopota­nie i przygnębienie. Godził się na nie w czasie podróży. Weszły w zwyczaj, gdy osiadł z trudną małżonką w swym nowojorskim mieszkaniu. Armanda zarządziła regularne uprawianie miłości w porze popołudniowej herbaty w sa­loniku, jak na wyimaginowanej scenie przy nieprzerwa­nym akompaniamencie towarzyskiej pogawędki, przy czym oboje wykonawcy mieli być ubrani, on w swoim najlepszym biurowym garniturze i krawacie w kropki, ona w szykownej czarnej sukni pod szyję. Ustępstwem wobec natury było pozwolenie na rozpięcie albo nawet zdjęcie pewnych części bielizny, lecz tylko bardzo, bardzo dy­skretnie i bez przerywanib eleganckiego ple-p!e; nie­cierpliwość została uznana za nieprzyzwoity ekshibicjo­nizm, za coś strasznego. Gazeta albo leżący zawsze na stoliczku do kawy album osłaniały te z przygotowań, ja­kie nieszczęsny Hugh uważał za niezbędne, i biada mu, jeśli później drgnął czy guzdrał się w czasie samego zbliżenia; ściśnięte krocze lub chłodny dotyk jej poń­czoch gładkich jak zbroja przyprawiały go o zawrót gło­wy, lecz o wiele gorszy od okropnego ściągania długiej halki był obowiązek gawędzenia o znajomych, o polity­ce albo znakach zodiaku, albo o służących, gdy równo­cześnie należało ukradkiem — rzucający się w oczy po­śpiech był wykluczony — doprowadzić pikantne zadanie do końca, siedząc w konwulsyjnym skręcie na niewy­godnej malej kanapce. Umiarkowana potencja Hugha mogłaby była nie przetrwać podobnych przejść, gdyby Armanda potrafiła ukryć przed nim o wiele skuteczniej, niż myślała, swoje podniecenie zrodzone z kontrastu po­między wyobrażeniem i faktem — kontrast, który mimo wszystko miał pewne pretensje do artystycznego wyrafi­nowania, jeśli wspomnimy obyczaje niektórych ludów Dalekiego Wschodu, pod wielu innymi względami cal- m
kiom Jeszcze prymitywnych. Leci główną Jego podpora było nigdy nie zawiedzione oczekiwanie owego wyrazu oszołomienia f ekstazy, który stopniowo ogłupiał rysy jej kochanej twarzy pomimo usilnego podtrzymywania bła­hej paplaniny. W pewnym sensie wolał scenerię salonu od jeszcze mniej normalnej scenerii w tych rzadkich wypadkach, kiedy pragnęła, aby ją posiadł w łóżku za­grzebaną w pościeli i zajętą plotkowaniem przez tele­fon z przyjaciółką albo nabieraniem jakiegoś nie znane­go mu samca. Zdolność naszego Persona clo wybacza­nia tego wszystkiego, do wynajdywania rozsądnych usprawiedliwień i wyjaśnień i tak dalej budzi naszą sympatię, ale niekiedy prowokuje również, niestety, szcze­rą wesołość. Na przykład: tłumaczył sobie, że Armanda odmawia rozbierania się, ponieważ wstydzi się swoich małych sterczących piersi i blizny na udzie po jakiejś kraksie narciarskiej. Głupi Person! Czy była mu wierna przez wszystkie miesiące małżeń­stwa spędzone w lekkomyślnej, rozwiązłej, wesołej Ame­ryce? W czasie pierwszej i równocześnie ich ostatniej zimy wyjeżdżała parę razy bez niego na narty do Aval w prowincji Quebec albo do Chute w Kolorado. Gdy zostawał sam, zabraniał sobie rozmyślań o banalnych formach niewierności, jak na przykład o trzymaniu się za ręce z jakimś typem albo pozwoleniu, by pocałował ją na dobranoc. Wyobrażenie takich drobiazgów drę­czyło go równie boleśnie jak wizje najbardziej wyuzda­nego stosunku. Stalowe drzwi umysłu pozostawały bez­piecznie zamknięte, póki jej nie było, lecz gdy tylko zja­wiała się z błyszczącą, opaloną twarzą, z tq swoją schludną sylwetką stewardesy w niebieskiej kurtce z płaskimi guzikami lśniącymi jak złote żetony, otwierało się w nim coś upiornego i z tuzin gibkich sportsmenów zaczynał się kręcić koło Armandy « rozbierać ją spoj­rzeniami we wszystkich motelach jego wyobraźni, cho­ciaż faktycznie, jak wiemy, doznała przyjemności pełne­go zbliżenia jedynie z tuzinem doborowych kochanków w czasie trzech wypraw. Nikt nie potrafił zrozumieć, a najmniej ze wszystkich jej matka, dlaczego Armanda poślubiła raczej przecięt­nego Amerykanina na dość skromnej posadzie, lecz tu musimy już skończyć nasze rozważania o miłości." /str. ~80


Skanowane więc są literówki, za które sory.
Może ucieknę na innego hosta. Znajdziecie mnie?
Pytam się Ciebie czy ten blog ma sens? Ale nie uaktywniłam komentarzy żeby się dowiedzieć...



On. Say on. Be said on. Somehow on. Till nohow on. Said nohow on.

On. I'll say on. (Let "on" be said.) I'll go on somehow. Till nohow on. Till I say "nohow on".

Say for be said. Missaid. From now say for missaid.

I'll say "say" instead of "be said" (or instead of "missaid"). From now on I'll say "say" instead of "missaid".

Say a body. Where none. No mind. Where none. That at least. A place. Where none. For the body. To be in. Move in. Out of. Back into. No. No out. No back. Only in. Stay in. On in. Still.

I'll say there's a body (where there isn't one). I won't say there's a mind (where there isn't one). That at least is true. I'll say there's a place (where there isn't one) for the body: for it to be in and move in, and to move out of and move back into again. No: the body doesn't move out or move back. It stays in, it stays on in - unmoving.

All of old. Nothing else ever. Ever tried. Ever failed. No matter. Try again. Fail again. Fail better.

Everything is as it was of old. There's never been anything else. I've never tried anything else, never failed at anything else. But it doesn't matter: I'll try again, I'll fail again. I'll fail better than I did before.


First the body. No. First the place. No. First both. Now either. Now the other. Sick of the either try the other. Sick of it back sick of the either. So on. Somehow on. Till sick of both. Throw up and go. Where neither. Till sick of there. Throw up and back. The body again. Where none. The place again. Where none. Try again. Fail again. Better again. Or better worse. Fail worse again. Still worse again. Till sick for good. Throw up for good. Go for good. Where neither for good. Good and all.

First, the body. No: first the place. No: first both of them - now one, now the other. When I'm sick of one I'll try the other. I'll go on like that (somehow go on) till I'm sick of both of them - till I throw up and go away to where neither of them are. Till I'm sick of that too. Then I'll throw up and come back: to the body again (where there isn't one), and to the place again (where there isn't one). I'll try again and I'll fail again - fail better again. Or (better) I'll fail worse again, fail still worse again. Till I'm sick of it for good, throw up for good, go away for good to where neither of them are, for good: for good and all.

It stands. What? Yes. Say it stands. Had to up in the end and stand. Say bones. No bones but say bones. Say ground. No ground but say ground. So as to say pain. No mind and pain? Say yes that the bones may pain till no choice but stand. Somehow up and stand. Or better worse remains. Say remains of mind where none to permit of pain. Pain of bones till no choice but up and stand. Somehow up. Somehow stand. Remains of mind where none for the sake of pain. Here of bones. Other examples if needs must. Of pain. Relief from. Change of.

The body is standing. What? Yes, I'll say it's standing - that in the end it had to get up and stand. I'll say there are bones (there are no bones, but I'll say there are). I'll say there's ground (there's no ground, but I'll say there is). So that I can say there is pain. Can there be no mind and still be pain? I'll say yes there can, that the bones feel pain until they have no choice except to stand up, somehow to get up and stand. Or (for better or worse) I'll say there are remains, say there are remains of mind (where there aren't any), to permit of pain: pain in the bones till they have no choice but to get up and stand (somehow get up, somehow stand). I'll say there are remains of mind (where there aren't any), for the sake of pain. Here the pain is the bones' pain - but I'll give other examples if needs must, other examples of pain. And of relief from pain. (Or of change of pain.)

All of old. Nothing else ever. But never so failed. Worse failed. With care never worse failed.

Everything is as it was of old. There's never been anything else. But I have never failed so much, never failed worse (if I'm careful I'll never have failed worse).

Dim light source unknown. Know minimum. Know nothing no. Too much to hope. At most mere minimum. Meremost minimum.

There's a dim light, source unknown. (I must know the minimum. Could I know nothing? No, that's too much to hope for. At most I must know a bare minimum, the merest minimum.)

No choice but stand. Somehow up and stand. Somehow stand. That or groan. The groan so long on its way. No. No groan. Simply pain. Simply up. A time when try how. Try see. Try say. How first it lay. Then somehow knelt. Bit by bit. Then on from there. Bit by bit. Till up at last. Not now. Fail better worse now.

The body has no choice but to stand - somehow to get up and stand, somehow stand. Either that or groan (the groan that has been so long on its way). No, there's no groan. There's simply pain, and simply standing up. There was a time when I'd have tried to find how it was (tried to see, tried to say): how first it lay down, then somehow knelt (bit by bit), then went on from there (bit by bit), till at last it stood up. But I won't do that now: now (for better or worse) I'll fail.

Another. Say another. Head sunk on crippled hands. Vertex vertical. Eyes clenched. Seat of all. Germ of all.

Another image (I'll say there's another): a head sunk down on crippled hands - with its vertex vertical, its eyes clenched shut. (The head which is the seat of all and the germ of all.)

No future in this. Alas yes.

There's no future in this. (But yes, alas - there is a future in it.)

It stands. See in the dim void how at last it stands. In the dim light source unknown. Before the downcast eyes. Clenched eyes. Staring eyes. Clenched staring eyes.

The body stands. See how at last it stands, in the dim void, in the dim light (source unknown) - before the downcast eyes: the clenched eyes, the staring eyes, the clenched staring eyes.

That shade. Once lying. Now standing. That a body? Yes. Say that a body. Somehow standing. In the dim void.

That shade (once lying, now standing) - is that a body? Yes, I'll say that's a body. Somehow standing, in the dim void.

A place. Where none. A time when try see. Try say. How small. How vast. How if not boundless bounded. Whence the dim. Not now. Know better now. Unknow better now. Know only no out of. No knowing how know only no out of. Into only. Hence another. Another place where none. Whither once whence no return. No. No place but the one. None but the one where none. Whence never once in. Somehow in. Beyondless. Thenceless there. Thitherless there. Thenceless thitherless there.

A place (where there isn't one). There was a time when I'd have tried to see it, tried to say it: how small it was, or how vast - what its boundaries were (if it wasn't boundless). And where the dim light came from. But not now, I know better now. Now I know better what I don't know. I know only that there is no way out of it. I don't know how I know: I know only that there is no way out of it, only a way into it. So I'll say there's another (another place where there isn't one): a place to which there is no return, once it is gone out of. No, I won't say that. There is no place except the one place: no place except the one place (where there isn't one) - from which there is no way out, once it is gone into (somehow gone into). A place with nothing beyond it. A place from which there is no way out and to which there is no way in. No way out of it and no way into it.



http://www.samuel-beckett.net/w_ho.htm





Zmarł bardzo ważny dla historii świata, dla sztuki - Kazuo Ohno. Przeżył 103 lata.

2 czerwca 2010


Myślę żeby zająć się poważnie problemem autoportretu.



Bruce Nauman, Self Portrait as a Fountain



George Tooker, Self-Portrait, 1947
Belzebub popiera sztukę. Zapewnia swym artystom spokój, dobre wyżywienie i absolutną izolację od piekielnego życia.


Źródło: Zbigniew Herbert, Pan Cogito, Co myśli Pan Cogito o piekle

abstrahując spoglądam właśnie na to zdjęcie od dłuższego czasu i ciekawią mnie te ciała



"Celestials" by Dick Higgins, a performance piece, 1965
pictured; Phoebe Neville, Dick Aunspaugh,
and Meredith Monk.
photo by Peter Moore

wierzę że to była mikstura przyczyn które nazywają się chwilową niesprzyjającą rzeczywistością

Wklejam tą informację prasową bo jej wierzę. Po prostu niestety się źle złożyło.





Rosyjscy piloci wskazali, kto popełnił błędy


Piloci i nawigatorzy w Rosji, którzy zapoznali się ze stenogramem rozmów w kokpicie polskiego Tu-154M, mówią zgodnie, że błędy popełniła zarówno załoga prezydenckiego samolotu, jak i obsługa wieży na lotnisku w SmoleńskuIch opinie zebrało radio Echo Moskwy.

Zdaniem Nikołaja z Moskwy, kapitana samolotu Tu-154M, "kontroler zbyt późno wydał komendę odejścia na drugi krąg". - Wydał ją dopiero wtedy, gdy maszyna praktycznie była już na ziemi - podkreślił.

- Błąd popełniła też załoga samolotu, od razu nie podejmując decyzji o odejściu na drugi krąg. Błędem załogi było także to, że nie przestudiowała podejścia na lotnisko; że nie zapoznała się z profilem terenu, który się tam obniża. Ponadto nawigator posługiwał się wysokościomierzem radiowym, a nie barycznym. W efekcie znaleźli się poniżej glisady, tj. właściwej ścieżki zniżania. Gdyby się przygotowywali do lotu, to zapewne wzięliby poprawkę na ukształtowanie terenu - oświadczył pilot.

Według Nikołaja, "zachętą do lądowania dla załogi Tu-154M mogło być to, że ktoś przed nią wylądował (polski Jak-42)". - To mogło ich sprowokować. Ktoś wylądował, to dlaczego my nie mielibyśmy tego zrobić - powiedział.

Zdaniem pilota, "nie wolno było podchodzić tym samolotem na lotnisko wojskowe, na którym nie ma systemu lamp wysokiej intensywności". - Lądowanie w warunkach dziennych przy takim oświetleniu, jakie jest tam, przy widzialności 200 metrów, to samobójstwo - wskazał.

- Błąd kontrolera polegał również na tym, że nie wymusił odejścia na drugi krąg. Widać było, że ludzie się zabiją. Zbyt długo milczał - powiedział Nikołaj.

W ocenie Aleksandra, nawigatora samolotów wojskowych, załoga polskiego Tu-154M zachowywała się nieprofesjonalnie. - Nawigator stale podawał wysokość, jednak w czasie zniżania ani razu nie skonfrontował jej z odległością od lotniska. Nawigator miał nalatane na tym typie samolotu zaledwie 30 godzin. Mam poważne wątpliwości, czy posiadał uprawnienia do lądowania przy minimum pogodowym tego lotniska - oświadczył.

Rosyjski nawigator zauważył, że "częstą przyczyną katastrof lotniczych jest to, że załoga nie ufa przyrządom, lecz zdaje się na swoje odczucia". - Zniżali się tak szybko, że nawet kontroler nie nadążał z wydawaniem komend - oznajmił. "Kontroler powinien był bardziej stanowczo zażądać, by załoga odeszła na drugi krąg - dodał.

Z kolei Aleksandr z Moskwy, nawigator Tu-154M, zwrócił uwagę, że lotnisko w Smoleńsku nie jest przystosowane do przyjmowania samolotów w takich warunkach, jakie panowały 10 kwietnia.

- Podejście do lądowania odbywa się tam z pomocą dwóch radiolatarni. Nie mieli prawa schodzić poniżej 100 metrów. Glisady jako takiej tam nie ma. Na wysokości 100 metrów trzeba wyrównać samolot i przelecieć horyzontalnie do punktu 1 km od progu pasa. Dopiero po minięciu znajdującej się w tym punkcie radiolatarni można zniżać się dalej. Nie widząc ziemi na wysokości 100 metrów, nie mieli prawa kontynuowania zniżania" - powiedział.


Według nawigatora, kontrolerzy mogli być niedoświadczeni. - To kontrolerzy wojskowi. Zabrakło im bezczelności, by wydać komendę natychmiastowego odejścia na drugi krąg. Powinni byli zrobić to, gdy samolot był na 100 metrach - podkreślił.

Także w opinii Aleksandra, "nawigator powinien był podawać nie tylko wysokość, lecz również odległość od lotniska". - Nawigator był niedoświadczony. Przy nalocie 30 godzin nie miał prawa wchodzić do takiego samolotu - powiedział.

Jako jedyny załogę Tupolewa w obronę wziął Andriej, były pilot z Petersburga. - Błąd popełniła załoga. Chciałbym jednak wziąć ją w obronę, gdyż znajdowała się pod presją. Nie miała jasności, czy ma lądować, czy nie. Za plecami dowódca Sił Powietrznych. Plus (Lech) Kaczyński, który nie podjął decyzji - argumentował.

Również zdaniem tego pilota, "kontroler powinien był wyraźniej zażądać przerwania zniżania". - Przy wyposażeniu, jakie jest na tamtym lotnisku, przy widzialności pionowej poniżej 50 metrów, nie da się wylądować - podkreślił.

1 czerwca 2010

Superman by johanvonarnold

Spotkać... Ih. Wiedzieć którędy go chałam.


Time ain`t gonna cure you honey, time don`t give a shit!

śmierć w sztuce

Zmarła bardzo ważna artystka. Nazywała się Louise Bourgeois. Zmarła w NYC w wieku 98 lat.