Szukaj na tym blogu

3 czerwca 2010

V. Nabokov Przejrzystość rzeczy /PIW

"Teraz zastanowimy się nad miłością. Jakież potężne słowa, jaka broń gromadzona jest w górach, we właściwych miejscach, w specjalnych kry­jówkach granitowego serca, za osłoną stalowych płyt o barwach imitujących żyłkowaną powierzchnię skal. Lecz gdy pragnął wyrazić swą miłość w krótkich dniach zalotów i małżeństwa, Hugh Person nie wiedział, gdzie szukać słów, które by przekonały Armandę, poruszyły ją, wywołały świetliste łzy w jej twardych, ciemnych oczach! Per contra, gdy powiedział coś przypadkiem, bez myśii o bólu i o poezji, coś banalnego, budził nieoczekiwa­nie szczęśliwy, histeryczny odruch ze strony tej kobiety o oschłym sercu, w zasadzie głęboko nieszczęśliwej. Świadome wysiłki zawodziły. Jeżeli — co się czasem zdarzało — o najcichszej szarej godzinie bez najmniej­szych seksualnych intencji odkładał swoją lekturę, aby wejść do jej pokoju, przyczołgać się na kolanach i łok­ciach jak ekstatyczny, nie istniejący w opisach i nie na drzewach żyjący leniwiec i wyszczekać swoje uwielbienie, chłodna Armanda mówiła mu, żeby wstał i przestał ro­bić z siebie durnia. Najczulsze wyrażenia, jakie potrafił wymyślić: moja księżniczko, moja ukochana, mój aniele,
moje zwierzątko, moja rozkoszna bestyjko —- doprowa­dzały jq wręcz do rozpaczy. — Dlaczego — pytała — nie możesz mówić do mnie jak normalny człowiek, jak dżentelmen mówi do damy, dlaczego musisz się zgrywać jak błazen, dlaczego nie możesz być poważny i zwyczajny, żeby można ci wierzyć? — Ależ miłość — mówił —- zasługuje na wszystko, tyl­ko nie na to, żeby jej wierzyć, prawdziwe życie jest na­prawdę śmieszne, prawdziwy chłop śmieje się z miłości. — Próbował całować brzeg jej spódnicy albo gryźć kant jej spodni, podbicie jej stopy, palec jej rozwścieczonej nogi i gdy czołgał się mamrocząc niemuzykalnym głosem ckli­we i egzotyczne, rzadkie i pospolite nic i wszystko dla własnego — w końcu — ucha, zwykłe wyznanie miłości zamieniało się w wynaturzone ptasie popisy samca, któ­ry nie widzi w pobliżu swojej samiczki: wyciąga długą szy­ję, potem ją zgina, spuszcza dziób, znów podnosi gło­wę. Wszystko to sprawiało, że wstydził się samego sie­bie. Jednakże nie mógł się powstrzymać, ona zaś nie mogła zrozumieć, bo w takich chwilach nigdy nie znaj­dował właściwego słowa, właściwego wodorostu. Kochał ją, choć tak zupełnie nie budziła miłości. Ar­manda miała wiele męczących, jakkolwiek niekoniecz­nie rzadkich cech, z których wszystkie akceptował niby absurdalne hasła w jakiejś chytrej krzyżówce. Mówiła matce prosto w oczy, że jest skatina, „bydlę" — oczywi­ście, nie zdawała sobie sprawy, że nigdy już matki nie zobaczy, gdy z mężem wyjeżdżała do Nowego Jorku po swoją śmierć. Lubiła wydawać starannie zaplanowane przyjęcia i choćby nie wiadomo jak dawno odbyło się to czy owo wdzięczne zebranie (przed dziesięcioma miesią­cami, piętnastoma miesiącami czy nawet jeszcze w do­mu jej matki w Brukseli lub w Witt przed ich małżeń­stwem) przebieg każdego z nich i tematy rozmów zakon­serwowane były na zawsze w rytmicznie szemrzącym szronie jej schludnego umysłu. W retrospekcji widziała zebrania Jako konstelację gwiazd na falującej zasło­nie minionego czasu, a swoich gości jako wynaturzone projekcje własnej osobowości: wrażliwe punkty, które na­leżało odtąd traktować z nostalgicznym szacunkiem. Je­śli Julia czy June wspomniały mimochodem, że nigdy nie spotkały u niej historyka sztuki pana C. (kuzyna zmarłe­go Charlesa Chamara), podczas gdy zgodnie z tym, co zarejestrowała pamięć Armandy, i Julia, i June były na owym przyjęciu, Armanda potrafiła być bardzo nieprzy­jemna; wyniośle i wzgardliwie wypierała się swej po­myłki i kołysząc biodrami jak w tańcu brzucha dodawa­ła: — W takim razie nie możecie również pamiętać tych małych kanapek od Pere Igora (pewien specjalny sklep), a przecież się nimi zajadałyście. — Hugh nigdy nie spotkał tak przykrego usposobienia, tak przygnębiającej amour-propre, natury tak egoistycznej. Julia, która jeź­dziła z nią na nartach i na łyżwach, uważała, że Arman­da jest bardzo miła, lecz większość kobiet oceniała ją krytycznie i w telefonicznych pogawędkach przedrzeźnia­ła jej żałosne metody napaści i riposty. Jeśli ktoś po­wiedział: — Zanim złamałam nogę... — Armanda wtrą­cała tryumfalnie: — A ja w dzieciństwie złamałam oby­dwie nogi. — Dla jakichś niezbadanych powodów odzy­wała się do męża przy ludziach tonem ironicznym i w ogóle nieprzyjemnym. Miała dziwne kaprysy. W czasie miodowego miesiąca w Stresa, ostatniej nocy (nowojorskie biuro natarczywie domagało się powrotu Hugha), Armanda wyraziła prze­konanie, że w hotelach pozbawionych zapasowych wyjść najniebezpieczniejsza jest, statystycznie biorąc, ostatnia noc i że w takiej masywnej staroświeckiej budowli, w ja­kiej właśnie mieszkali, na pewno bardzo łatwo o pożar. Z jakichś powodów producenci telewizyjni uważają, że nie ma nic bardziej fotogenicznego i powszechnie fas­cynującego jak porządny pożar. Armanda, która oglą­dała telewizję włoską, przygnębiona była albo udawała przygnębioną (lubiła pozować na osobę interesującą) z powodu takiej wiaśnie katastrofy przedstawionej w lo­kalnym programie — małe płomyki niby chorągiewki w slalomie, nagłe duże płomienie jak demony, woda leją­ca się skrzyżowanymi łukami jak w tylu rokokowych fon­tannach i nieustraszeni mężczyźni w lśniących cerato­wych kombinezonach, którzy kierują najróżniejszymi ope­racjami w ogólnym bałaganie wśród dobrze skompono­wanych efektów dymu i zniszczenia. Owej nocy w Stresa Armanda uparła się, żeby zrobili (on w krótkich nocnych spodenkach, ona w swojej Chudo-yudo piżamie) próbę akrobatycznej ucieczki w burzliwym mroku i zeszli po przeładowanej ornamentami ścianie hotelu z czwartego na drugie piętro, a stamtąd na dach galerii, między targane wiatrem wierzchołki drzew. Hugh na próżno się z nią spierał. Dzielna dziewczyna zapewniła, że jako do­świadczona alpinistka jest pewna, iż można to zrobić używając jako podparcia dla stóp owych wybrzuszonych ornamentów na ścianie i balkoników z balustradami, gwarantujących zupełnie bezpieczne zejście. Hugh miał oświetlać trasę z góry elektryczną latarką, schodzić tuż za Armandą i w razie potrzeby przytrzymać ją za ręce, by mogła w zwisie, który dodaje ciału długości, wyma­cać bosą stopą następne oparcie dla nogi.
Silny w ramionach Hugh był jednak wyjątkowo nie­zdarnym antropoidem. Wprowadził mnóstwo zamieszania do tej eskapady. Utknął na występie ściany tuż pod ich balkonem. Smuga światła niepewnie musnęła fragment fasady, po czym latarka wypadła mu z rąk. Krzyknął w dół nawołując Armandę do powrotu, Na dole otworzyła się nagle jakaś okiennica. Hugh zdołał wdrapać się z powrotem na swój balkon, bez przerwy wołając żonę po imieniu, jakkolwiek był już przekonany, że zginęła. Ale okazało się w końcu, że wylądowała w pokoju na trze­cim piętrze, gdzie znalazł ją owiniętą w kołdrę i spokoj­nie* palącą papierosa; leżała na łóżku nieznajomego pa­na, który siedział obok ria krześle i czytał jakiś maga­zyn. Jej seksualne dziwactwa przyprawiały go o zakłopota­nie i przygnębienie. Godził się na nie w czasie podróży. Weszły w zwyczaj, gdy osiadł z trudną małżonką w swym nowojorskim mieszkaniu. Armanda zarządziła regularne uprawianie miłości w porze popołudniowej herbaty w sa­loniku, jak na wyimaginowanej scenie przy nieprzerwa­nym akompaniamencie towarzyskiej pogawędki, przy czym oboje wykonawcy mieli być ubrani, on w swoim najlepszym biurowym garniturze i krawacie w kropki, ona w szykownej czarnej sukni pod szyję. Ustępstwem wobec natury było pozwolenie na rozpięcie albo nawet zdjęcie pewnych części bielizny, lecz tylko bardzo, bardzo dy­skretnie i bez przerywanib eleganckiego ple-p!e; nie­cierpliwość została uznana za nieprzyzwoity ekshibicjo­nizm, za coś strasznego. Gazeta albo leżący zawsze na stoliczku do kawy album osłaniały te z przygotowań, ja­kie nieszczęsny Hugh uważał za niezbędne, i biada mu, jeśli później drgnął czy guzdrał się w czasie samego zbliżenia; ściśnięte krocze lub chłodny dotyk jej poń­czoch gładkich jak zbroja przyprawiały go o zawrót gło­wy, lecz o wiele gorszy od okropnego ściągania długiej halki był obowiązek gawędzenia o znajomych, o polity­ce albo znakach zodiaku, albo o służących, gdy równo­cześnie należało ukradkiem — rzucający się w oczy po­śpiech był wykluczony — doprowadzić pikantne zadanie do końca, siedząc w konwulsyjnym skręcie na niewy­godnej malej kanapce. Umiarkowana potencja Hugha mogłaby była nie przetrwać podobnych przejść, gdyby Armanda potrafiła ukryć przed nim o wiele skuteczniej, niż myślała, swoje podniecenie zrodzone z kontrastu po­między wyobrażeniem i faktem — kontrast, który mimo wszystko miał pewne pretensje do artystycznego wyrafi­nowania, jeśli wspomnimy obyczaje niektórych ludów Dalekiego Wschodu, pod wielu innymi względami cal- m
kiom Jeszcze prymitywnych. Leci główną Jego podpora było nigdy nie zawiedzione oczekiwanie owego wyrazu oszołomienia f ekstazy, który stopniowo ogłupiał rysy jej kochanej twarzy pomimo usilnego podtrzymywania bła­hej paplaniny. W pewnym sensie wolał scenerię salonu od jeszcze mniej normalnej scenerii w tych rzadkich wypadkach, kiedy pragnęła, aby ją posiadł w łóżku za­grzebaną w pościeli i zajętą plotkowaniem przez tele­fon z przyjaciółką albo nabieraniem jakiegoś nie znane­go mu samca. Zdolność naszego Persona clo wybacza­nia tego wszystkiego, do wynajdywania rozsądnych usprawiedliwień i wyjaśnień i tak dalej budzi naszą sympatię, ale niekiedy prowokuje również, niestety, szcze­rą wesołość. Na przykład: tłumaczył sobie, że Armanda odmawia rozbierania się, ponieważ wstydzi się swoich małych sterczących piersi i blizny na udzie po jakiejś kraksie narciarskiej. Głupi Person! Czy była mu wierna przez wszystkie miesiące małżeń­stwa spędzone w lekkomyślnej, rozwiązłej, wesołej Ame­ryce? W czasie pierwszej i równocześnie ich ostatniej zimy wyjeżdżała parę razy bez niego na narty do Aval w prowincji Quebec albo do Chute w Kolorado. Gdy zostawał sam, zabraniał sobie rozmyślań o banalnych formach niewierności, jak na przykład o trzymaniu się za ręce z jakimś typem albo pozwoleniu, by pocałował ją na dobranoc. Wyobrażenie takich drobiazgów drę­czyło go równie boleśnie jak wizje najbardziej wyuzda­nego stosunku. Stalowe drzwi umysłu pozostawały bez­piecznie zamknięte, póki jej nie było, lecz gdy tylko zja­wiała się z błyszczącą, opaloną twarzą, z tq swoją schludną sylwetką stewardesy w niebieskiej kurtce z płaskimi guzikami lśniącymi jak złote żetony, otwierało się w nim coś upiornego i z tuzin gibkich sportsmenów zaczynał się kręcić koło Armandy « rozbierać ją spoj­rzeniami we wszystkich motelach jego wyobraźni, cho­ciaż faktycznie, jak wiemy, doznała przyjemności pełne­go zbliżenia jedynie z tuzinem doborowych kochanków w czasie trzech wypraw. Nikt nie potrafił zrozumieć, a najmniej ze wszystkich jej matka, dlaczego Armanda poślubiła raczej przecięt­nego Amerykanina na dość skromnej posadzie, lecz tu musimy już skończyć nasze rozważania o miłości." /str. ~80


Skanowane więc są literówki, za które sory.