Szukaj na tym blogu

26 lutego 2010

22 lutego 2010

źródło: http://home.agh.edu.pl/~szymon/jabberwocky.shtml

Jabberwocky
Lewis Caroll


'Twas brillig, and the slithy toves
Did gyre and gimble in the wabe;
All mimsy were the borogoves,
And the mome raths outgrabe.

Beware the Jabberwock, my son!
The jaws that bite, the claws that catch!
Beware the Jubjub bird, and shun
The frumious Bandersnatch!

He took his vorpal sword in hand:
Long time the manxome foe he sought-
So rested he by the Tumtum tree,
And stood awhile in thought.

And as in uffish thought he stood,
The Jabberwock, with eyes of flame,
Came whiffling through the tulgey wood,
And burbled as it came!

One, two! One, two! And through and through
The vorpal blade went snicker-snack!
He left it dead, and with his head
He went galumphing back.

And has thou slain the Jabberwock?
Come to my arms, my beamish boy!
O frabjous day! Calloh! Callay!
He chortled in his joy.

'Twas brillig, and the slithy toves
Did gyre and gimble in the wabe;
All mimsy were the borogoves,
And the mome raths outgrabe.






Dżabbersmok
przeł. Maciej Słomczyński

Było smaszno, a jaszmije smukwijne
Świdrokrętnie na zegwniku wężały,
Peliczaple stały smutcholijne
I zbłąkinie rykoświstąkały.

Ach, Dżabbersmoka strzeż się, strzeż!
Szponów jak kły i tnących szczęk!
Drżyj, gdy nadpełga Banderzwierz
Lub Dżubdżub ptakojęk!

W dłoń ujął migbłystalny miecz,
Za swym pogromnym wrogiem mknie…
Stłumiwszy gniew, wśród Tumtum drzew
W zadumie ukrył się.

Gdy w czarsmutśleniu cichym stał,
Płomiennooki Dżabbersmok
Zagrzmudnił pośród srożnych skał,
Sapgulcząc poprzez mrok!

Raz-dwa! Raz-dwa! I ciach! I ciach!
Miecz migbłystalny świstotnie!
Łeb uciął mu, wziął i co tchu
Galumfująco mknie.

Cudobry mój; uściśnij mnie,
Gdy Dżabbersmoka ściął twój cios!
O wielny dniu! Kalej! Kalu!
Śmieselił się rad w głos.

Było smaszno, a jaszmije smukwijne
Świdrokrętnie na zegwniku wężały,
Peliczaple stały smutcholijne
I zbłąkinie rykoświstąkały.

19 lutego 2010

18 lutego 2010

Długość serca.

Wspaniałe urodziny. Bez zdjęć. Z atrakcjami.
Otrzymałam tego dnia 11 lutego propozycję, która nieco zmieni mój świat.

Asystent Stażysta na Wydziale Komunikacji Multimedialnej, Katedra Intermediów Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu. Tak. Etat na uczelni. Tzn. kawałek etatu. Od nowego roku szansa na więcej. Wiarygodniej. Być może doktorat któregoś dnia za wiele lat..
Najważniejsze rzeczy kryją się pod. Najważniejsze rzeczy przychodzą, żeby policzyć się z naszymi planami. Przychodzą bezczelnie i nago. Krępując ruchy i obyczajność.

Wiele się zmieniło jedynie przez to, że zmienił się rok. Podły rok się zmienił na rok nowy. Lepszy. Znakomitszy. Jeśli takim go uczynię.

Zostaję więc w Poznaniu. Do dyplomu na pewno. Poszukam tu opuszczonego domu, w którym można przebudować sufit. Poszukam chłopców do video. Zrobię wszystko, co w mojej mocy.
Później oglądniemy nasze relacje z profesorem/doktorem.
Nie wiem przecież czy to dla mnie. Spokojnie bo się przekonam. On dokonał dobrego wyboru.

Praktyki z dziećmi w podstawówce/gimnazjum, które wisiały nade mną jak ptaki Alfreda Josepha Hitchcocka, załatwione.
Wpiszę tu jej imię i nazwisko, aby mogła się być może zguglować. Krystyna Papuga - moja droga pani od plastyki z podstawówki, uratowała moją, być może bardzo owocną, karierę naukową.
Chwała jej! - wołam swoim głosem zdecydowania nieba.

Dingo się cieszy. Ja się cieszę. Profesor/doktor się cieszy. Moi rodzice się cieszą! Czy są rozsądne wyjaśnienia na taką radość?

14 lutego 2010- pierwsza rocznica ślubu siostry mojej Karpatki z Kibicem i data chrztu Kubka- ostatniej uroczystości kościelnej w jakiej brałam czynny udział.
Matka chrzestna to w Polsce funkcja bardziej społeczna, niż jakakolwiek inna. Koniec i kropka.
Kubek był przecudowny, bo przecież jest prze.
Do dziś nie mogę jeść, a do Poznania przywiozłam zapas na tygodnie.



Moje nowe dziecko społeczne ma dopiero pół roku. Bystre chłopięce spojrzenie w niebieskich oczach, radykalny uśmiech i matkę.
Daleko jednak jest wciąż. Daleko bo ja zostaję w Poznaniu; Bilet miesięczny do Łodzi raz.


P.s. Czy ktoś coś o?

9 lutego 2010

złyczaj

- Jakiego Pana Boga chcesz być bliżej?

- Polskiego! Pana Jezusa.


CZY TO JEST KRAJ CZY TO JEST OBYCZAJ? puchną okoliczności przyrody, wilczy się socjalizacja.

artykuł w związku z faktem, że mam zostać matką chrzestną Kubka w najbliższą niedzielę świętą.

8 lutego 2010

jan świdziński



"działanie z fotografią przedstawiającą Van Gogha" 1976

wyjątkowo mnie poruszyło. znam przecież takie działania. sama dotykałam obrazu dwuwymiarowego trójwymiarowym spojrzeniem, szukałam go w przestrzeni. ta praca z jedyną fotografią Van Gogha z 1835 r. jest w swojej prostocie bardzo radykalna. to nie jest fotografia. to fotografia fotografii. trójwymiarowy Van Gogh sfotografowany do dwuwymiarowego zdjęcia, przez Świdzińskiego pozostał jednowymiarowy. ostatnie zdjęcie to jedynie szerokość kartki papieru. na którym wciąż jest Van Gogh.




















spotkane podczas wystawy świdzińskiego




















stanisław dróżdż



moja ulubiona. "zamiana energii"

można TU poznać dróżdża



















4 lutego 2010

przypomniało mi się zdarzenie

sztukę piszę. wieloosobową. - dzietną.



poza tym chcę coś opowiedzieć.
wiele wiele miesięcy temu współlokator mój Siegmund, przy okazji porządków, wyrzucił na śmietnik blejtramy /czyli deski na które naciąga się lniane płótno w celu zobrazowania/.
śmietnik jest cztery metry od mojego jedynego okna.
znam odwiedzających i ich przyzwyczajenia i gusta.

kilka dni, może dwa po tym wyrzuceniu = postawieniu obok śmietnika, zjawił się pan. bardzo pijany. mogła być godzina 9.30. była zima. na Jeżycach jest wiele osób, które marzną w niedogrzanych kamienicach.
pan postanowił zabrać drewniane deski, żeby zapewne ogrzać mieszkanie.
nie mógł jednak zabrać kilkumetrowych desek zbitych w prostokąty, bo wyglądałby nieco dziwnie.
na chwiejących się nogach stanowił stanowił i postanowił.
zaczął kawałeczek po kawałeczku łamać drewnianą konstrukcję.
było łatwo złamać kilkumetrową niegrubą deskę na pół. i kilka mniejszych połówek, choć upadł sześć razy.
cały spektakl się tym nie skończył, bo wciąż były to długie deski.
odpocząwszy, próbował trafiać w środek poszczególnych desek, kiedy jeden koniec spoczywał na krawężniku. tak jak z orzechami, kiedy liczy się że następny będzie miał miękką łupinę. możliwą do zgniecenia. ogłupiony błędnik nie pozwolił jednak trafić ani razu.
wrócił z młotkiem, więc zapewne jakiś sąsiad to.
akcja z trafianiem młotkiem w deski w celu ich połamania trwała mało skutecznie kilkadziesiąt minut. prawdopodobnie trzy razy obite zostały palce i stopy boleśnie.

panu zajęło dwie i pół godziny w stanie totalnej nietrzeźwości nadającej się do izby, zrobienie ze skutku ubocznego sztuki, opału.

wzruszająca historia. patrzę dziś przez to okno. znów stoją tu długie deski.

avabaf rozwiązuje język

miss her like hell


ma na imię szynka. jest jakby tą lepszą częścią mojego serca. radykalnie wręcz czysta szynka.

3 lutego 2010

Wegetarianka w ciąży . Nie że ja. Jeszcze nie.

TU bardzo ciekawy artykuł o wegetariańskiej ciąży.

"Jego stan zdrowia i możliwości umysłowe
przewyższają średnią jego wieku
i jest to zjawisko,
które już zostało odnotowane
u wegetariańskich dzieci. "

Not a burden, not an object But the answer.

I dare you to look at me
and see only a statistic.
Someone you'll never meet --
a tragedy, a commodity
A child bride.
I dare you to look at me
Without pity, fatigue, dismissal.
I dare you to look at me
as more than a poster
for your cause
A promise you won't keep.
I dare you to rethink
what it means to look at a girl --
Not a burden,
not an object
But the answer.


written by Jessica Vacek for the Nike Foundation's campaign




2 lutego 2010




niesamowity bardzo AMERYKAŃSKI film.
piękna bezradność wobec losu. poszukiwanie szczęścia. miejsca w powietrzu na własny głos. bezwzględność w chęci życia. upór w trwaniu.


"Precious"


mierzeja wiślana


po lewo: Polska, po prawo: Rosja



Projekt "Święty Wojciech" się dokonał. Artystyczna podróż do granic zimy. Wróciliśmy wczoraj przed północą.
Wyruszyliśmy pociągiem w niedzielę o godz. 10 do Gdańska, skąd pekaesem do Krynicy Morskiej, gdzie spędziliśmy mroźne kilkadziesiąt minut w poszukiwaniu noclegu. Było ok. godz. 19.00. Dziwnie odpowiadać na pytania dlaczego tak bez zapowiedzi i, że tak zimno przecież.
Znaleźliśmy schronienie w Hotelu Landrynka. Spełnił nasze oczekiwania hahahahahha
Nasza trójka zbunkrowała się w pokoju hotelowym, gdzie na drzwiach widniał napis o konieczności zamykania okien z powodu plagi komarów.
Ciekawe...
Zalogowani, poszliśmy szukać sklepu /niedziela godz. 21.00 koniec świata.
I kogo spotkaliśmy na deptaku? Dwuczłonową rodzinę dzikową. Nie dziką. Dzików.
Na początku nawet się śmialiśmy, dopóki sobie nie przypomniałam wierszyka, bo kto spotyka w lesie dzika, ten na drzewo szybko zmyka............ Wskoczyliśmy pod górę do jakieś zagrody przedzierając się przez śnieg po pachy. I czekaliśmy.
Dziki /chyba jednak nie największe z możliwych/ bardzo powoli spacerowały wywąchując w śniegu jedzenie. A my tam. One na chodniku. A my tam. Nie oddychamy.
Było ciekawym doświadczeniem to doświadczenie.
Uratowała nas pani miejscowa z psem, którą Avabaf zdążył zapytać jedynie "Czy to Pani dziki?", a ona bez słowa przy pomocy butelki pet wystraszyła skutecznie dzikie dziki.
Więc wyleźliśmy z tego śniegu, z tej zagrody w zakłopotaniu, celowym na sklep.
Się znalazł, my zaczęliśmy znów oddychać. Po przypadkowym spotkaniu ze Strażą Graniczną i wybadaniu terenu, poszliśmy spać o północy, Ava w okularach, aby wyruszyć porankiem do Piasków, a dalej piechotą przez las do granicy.
Wstaliśmy nieco później niż planowaliśmy, przez śniadaniowanie autobus uciekł, podróż autostopowa w końcu pozwoliła w końcu nie zamarznąć spacerem dziesięciokilometrowym. Ania wątpiła.
Dalej lasem i plażą kilka kilometrów przez śnieg. Naprawdę wrażenie; niezwykle tak się przedzierać do miejsca, nad którym miejscowi nawet się nie zastanawiali. Pani z Landrynki nigdy tam nie była i nic nie wiedziała. Ale ona akurat niewiele wiedziała. Ona akurat wydawała się nie mieć historii.
Było ślisko, bardzo.. A ja w moich wychodzonych dziesięcioletnich martensach tam po prostu jazdę figurową miałam.
Piękna zima w dzikim lesie. Obrazów z głowy nie da się przenieść. Na plaży nieliczne ślady. Morze niespokojne. Piasek żółciutki wymieszany ze śniegiem... Muszli brak.
Wszystko między wodą a wodą. Bałtykiem a Zalewem Wiślanym.
Śledząc Świętego. Nie traciliśmy głowy.