"wielokrotnie zwodziła ją ładność i brała w swoje syrenie władanie"
"a zakręt, który jest w niej,
nigdy nie będzie prostą." "tak wygląda jej własny internet / tak wygląda jego własny internauta" "jest łazarzem. poniekąd ci o tym opowie" "sztuka jest sztuką. a wszystko inne, jest wszystkim innym."
Wspaniałe urodziny. Bez zdjęć. Z atrakcjami. Otrzymałam tego dnia 11 lutego propozycję, która nieco zmieni mój świat.
Asystent Stażysta na Wydziale Komunikacji Multimedialnej, Katedra Intermediów Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu. Tak. Etat na uczelni. Tzn. kawałek etatu. Od nowego roku szansa na więcej. Wiarygodniej. Być może doktorat któregoś dnia za wiele lat.. Najważniejsze rzeczy kryją się pod. Najważniejsze rzeczy przychodzą, żeby policzyć się z naszymi planami. Przychodzą bezczelnie i nago. Krępując ruchy i obyczajność.
Wiele się zmieniło jedynie przez to, że zmienił się rok. Podły rok się zmienił na rok nowy. Lepszy. Znakomitszy. Jeśli takim go uczynię.
Zostaję więc w Poznaniu. Do dyplomu na pewno. Poszukam tu opuszczonego domu, w którym można przebudować sufit. Poszukam chłopców do video. Zrobię wszystko, co w mojej mocy. Później oglądniemy nasze relacje z profesorem/doktorem. Nie wiem przecież czy to dla mnie. Spokojnie bo się przekonam. On dokonał dobrego wyboru.
Praktyki z dziećmi w podstawówce/gimnazjum, które wisiały nade mną jak ptaki Alfreda Josepha Hitchcocka, załatwione. Wpiszę tu jej imię i nazwisko, aby mogła się być może zguglować. Krystyna Papuga - moja droga pani od plastyki z podstawówki, uratowała moją, być może bardzo owocną, karierę naukową. Chwała jej! - wołam swoim głosem zdecydowania nieba.
Dingo się cieszy. Ja się cieszę. Profesor/doktor się cieszy. Moi rodzice się cieszą! Czy są rozsądne wyjaśnienia na taką radość?
14 lutego 2010- pierwsza rocznica ślubu siostry mojej Karpatki z Kibicem i data chrztu Kubka- ostatniej uroczystości kościelnej w jakiej brałam czynny udział. Matka chrzestna to w Polsce funkcja bardziej społeczna, niż jakakolwiek inna. Koniec i kropka. Kubek był przecudowny, bo przecież jest prze. Do dziś nie mogę jeść, a do Poznania przywiozłam zapas na tygodnie.
Moje nowe dziecko społeczne ma dopiero pół roku. Bystre chłopięce spojrzenie w niebieskich oczach, radykalny uśmiech i matkę.
Daleko jednak jest wciąż. Daleko bo ja zostaję w Poznaniu; Bilet miesięczny do Łodzi raz.
"działanie z fotografią przedstawiającą Van Gogha" 1976
wyjątkowo mnie poruszyło. znam przecież takie działania. sama dotykałam obrazu dwuwymiarowego trójwymiarowym spojrzeniem, szukałam go w przestrzeni. ta praca z jedyną fotografią Van Gogha z 1835 r. jest w swojej prostocie bardzo radykalna. to nie jest fotografia. to fotografia fotografii. trójwymiarowy Van Gogh sfotografowany do dwuwymiarowego zdjęcia, przez Świdzińskiego pozostał jednowymiarowy. ostatnie zdjęcie to jedynie szerokość kartki papieru. na którym wciąż jest Van Gogh.
poza tym chcę coś opowiedzieć. wiele wiele miesięcy temu współlokator mój Siegmund, przy okazji porządków, wyrzucił na śmietnik blejtramy /czyli deski na które naciąga się lniane płótno w celu zobrazowania/. śmietnik jest cztery metry od mojego jedynego okna. znam odwiedzających i ich przyzwyczajenia i gusta.
kilka dni, może dwa po tym wyrzuceniu = postawieniu obok śmietnika, zjawił się pan. bardzo pijany. mogła być godzina 9.30. była zima. na Jeżycach jest wiele osób, które marzną w niedogrzanych kamienicach. pan postanowił zabrać drewniane deski, żeby zapewne ogrzać mieszkanie. nie mógł jednak zabrać kilkumetrowych desek zbitych w prostokąty, bo wyglądałby nieco dziwnie. na chwiejących się nogach stanowił stanowił i postanowił. zaczął kawałeczek po kawałeczku łamać drewnianą konstrukcję. było łatwo złamać kilkumetrową niegrubą deskę na pół. i kilka mniejszych połówek, choć upadł sześć razy. cały spektakl się tym nie skończył, bo wciąż były to długie deski. odpocząwszy, próbował trafiać w środek poszczególnych desek, kiedy jeden koniec spoczywał na krawężniku. tak jak z orzechami, kiedy liczy się że następny będzie miał miękką łupinę. możliwą do zgniecenia. ogłupiony błędnik nie pozwolił jednak trafić ani razu. wrócił z młotkiem, więc zapewne jakiś sąsiad to. akcja z trafianiem młotkiem w deski w celu ich połamania trwała mało skutecznie kilkadziesiąt minut. prawdopodobnie trzy razy obite zostały palce i stopy boleśnie.
panu zajęło dwie i pół godziny w stanie totalnej nietrzeźwości nadającej się do izby, zrobienie ze skutku ubocznego sztuki, opału.
wzruszająca historia. patrzę dziś przez to okno. znów stoją tu długie deski.
I dare you to look at me and see only a statistic. Someone you'll never meet -- a tragedy, a commodity A child bride. I dare you to look at me Without pity, fatigue, dismissal. I dare you to look at me as more than a poster for your cause A promise you won't keep. I dare you to rethink what it means to look at a girl -- Not a burden, not an object But the answer.
written by Jessica Vacek for the Nike Foundation's campaign
2 lutego 2010
niesamowity bardzo AMERYKAŃSKI film.
piękna bezradność wobec losu. poszukiwanie szczęścia. miejsca w powietrzu na własny głos. bezwzględność w chęci życia. upór w trwaniu.
Projekt "Święty Wojciech" się dokonał. Artystyczna podróż do granic zimy. Wróciliśmy wczoraj przed północą. Wyruszyliśmy pociągiem w niedzielę o godz. 10 do Gdańska, skąd pekaesem do Krynicy Morskiej, gdzie spędziliśmy mroźne kilkadziesiąt minut w poszukiwaniu noclegu. Było ok. godz. 19.00. Dziwnie odpowiadać na pytania dlaczego tak bez zapowiedzi i, że tak zimno przecież. Znaleźliśmy schronienie w Hotelu Landrynka. Spełnił nasze oczekiwania hahahahahha Nasza trójka zbunkrowała się w pokoju hotelowym, gdzie na drzwiach widniał napis o konieczności zamykania okien z powodu plagi komarów. Ciekawe... Zalogowani, poszliśmy szukać sklepu /niedziela godz. 21.00 koniec świata. I kogo spotkaliśmy na deptaku? Dwuczłonową rodzinę dzikową. Nie dziką. Dzików. Na początku nawet się śmialiśmy, dopóki sobie nie przypomniałam wierszyka, bo kto spotyka w lesie dzika, ten na drzewo szybko zmyka............ Wskoczyliśmy pod górę do jakieś zagrody przedzierając się przez śnieg po pachy. I czekaliśmy. Dziki /chyba jednak nie największe z możliwych/ bardzo powoli spacerowały wywąchując w śniegu jedzenie. A my tam. One na chodniku. A my tam. Nie oddychamy. Było ciekawym doświadczeniem to doświadczenie. Uratowała nas pani miejscowa z psem, którą Avabaf zdążył zapytać jedynie "Czy to Pani dziki?", a ona bez słowa przy pomocy butelki pet wystraszyła skutecznie dzikie dziki. Więc wyleźliśmy z tego śniegu, z tej zagrody w zakłopotaniu, celowym na sklep. Się znalazł, my zaczęliśmy znów oddychać. Po przypadkowym spotkaniu ze Strażą Graniczną i wybadaniu terenu, poszliśmy spać o północy, Ava w okularach, aby wyruszyć porankiem do Piasków, a dalej piechotą przez las do granicy. Wstaliśmy nieco później niż planowaliśmy, przez śniadaniowanie autobus uciekł, podróż autostopowa w końcu pozwoliła w końcu nie zamarznąć spacerem dziesięciokilometrowym. Ania wątpiła. Dalej lasem i plażą kilka kilometrów przez śnieg. Naprawdę wrażenie; niezwykle tak się przedzierać do miejsca, nad którym miejscowi nawet się nie zastanawiali. Pani z Landrynki nigdy tam nie była i nic nie wiedziała. Ale ona akurat niewiele wiedziała. Ona akurat wydawała się nie mieć historii. Było ślisko, bardzo.. A ja w moich wychodzonych dziesięcioletnich martensach tam po prostu jazdę figurową miałam. Piękna zima w dzikim lesie. Obrazów z głowy nie da się przenieść. Na plaży nieliczne ślady. Morze niespokojne. Piasek żółciutki wymieszany ze śniegiem... Muszli brak. Wszystko między wodą a wodą. Bałtykiem a Zalewem Wiślanym. Śledząc Świętego. Nie traciliśmy głowy.