Źle sie tu czuję. Rzadko mi się to zdarza. Przecież rzadko. Są dowody. Że się odnajduję w trudnych warunkach. Że znam sposoby. Że chowam je, bo zawsze się przydają.
Mam mnóstwo kompleksów. Naprawdę czuję się bardzo słaba. Czuję się przygnieciona przez swoje niemoce. Puste ręce tylko i brak czasu, żeby je czyms zająć.
Nikogo nie mam, żeby jad na czymś zużyć.
Czuję się tu tak źle, że nawet nie zauważyłam jak minęło tyle czasu. Dlaczego? Bo sobie wciąż myślę o ostatnich dniach w Poznaniu i Zelowie. Trzymam się sobie tych ostatnich polskich dni i szczerze nie wiem kiedy tu kończy się 1eden, a zaczyna drugi dzień.
Przecież dałam sobie szansę. Dałam wydaje mi się ją także ludziom wokoło.
To totalnie nie mój sposób pracy, pomimo że wygląda to niemal idealnie. Oni /możesz kontynuować myśl urojeniową/ każą Ci myśleć, że ważne jest to, czym oni teraz się zajmują. Ogólnie wyglądając nie tyle na niezainteresowanych, a nie rozumiejących, co takiego ma twój projekt, czego nie ma zwykłe menu dvd. Kochają słowo interfejs.
A ja chowam się po kątach i płaczę od kilku dni. Taka jest prawda.
I do tego jestem sfrustrowana. I nie tylko językiem, którym posługuję się na poziomie niedorozwiniętego szczeniaka. Choć tak wspaniale się komunikuję przecież!
Mam kompleksy. Mam granice z trawy przeniesione do głowy. I nie. Już się nie boję. Teraz mam juz po prostu dosyć.
Zastanawiam się czy jestem w stanie jeszcze sobie tłumaczyć dlaczego i po co tu jestem...
Czuję się tu źle. Nie rozumiem tych, którzy wciąż powtarzają, że wszyscy są tacy życzliwi i chcą pomóc. Że wokoło kwitnie radosna empatia... Nie czuję empatii, a niewygodne spojrzenia, że znowu tu ktoś taki się przypałętał i muszę sprawiać wrażenie uczynnego goga.....
Niektóre szkoły się zużyły. Ta szkoła we własnym sosie się zużyła, jeśli chodzi o erasmusy. Jest to moja bardzo subiektywna opinia. Jest tu tak dużo obcokrajowców, studiujących na stałe lub bywających tu na krótszych stażach, że zaczyna się powolutku zagęszczać atmosfera wokół nas> foreignerów, którjnxwhwiuhfweikjhkljgjlghghghlughu Nie. Prawda jeste taka, że to ja wpadam w jakąś paranoję. Ja mam z tym problem. Nawet jeśli urojony, to jest mój. Myślę, że mam nawet teorię spiskową na ten temat. Na swój temat.
Jedyne, czego wokół doświadczam to podirytowanie, że trzeba wszystko mi tłumaczyć. Chyba nigdy w moim krótkim życiu nie czułam się taka upośledzona. To gorsze niż nie mieć nogi, bo wszyscy spoglądający widzą, że ja sobie radzę.
Otóż sobie nie radzę.
Nie wystarczy rozumieć słów, które się do ciebie mówi. Nie wystarczy. Tak jak w miłości nie wystarczy wiedzieć, że się jest kochanym. Trzeba to czuć. Wszystkimi możliwymi zmysłami, a najlepiej jeszcze siedemnastką specjalnie dla Ciebie stworzonych. Dogłębnie i każdego dnia od nowa.
Trzeba w sobie wciąż na nowo budzić zakochanego szczeniaka.
Tu trzeba wzbudzać litość. Ale taką najlepiej, żeby oni mieli do ciebie resztkę szacunku.
W moim przypadku nie wystarczy rozumieć słów, które się do ciebie mówi, bo one w większości nic nie znaczą. Oni sami wciąż powtarzają słowo KONTEKST, którego zaczynam szczerze nienawidzić. Trzeba znać kontekst wypowiadanych słów.
Więc ja się głupio uśmiecham i nie stać mnie nawet na to, by cichaczem wyjść z pomieszczenia...
Jaj nie mam. Czuję się odarta z mojej tożsamości. Podejrzewam się nawet o jej brak. Gdybym powiedziała to na głos, to dopiero byście zobaczyli co znaczy szybka organizacja... Biczowania.
Podejrzewam się o brak tożsamości, a to z tego powodu, że Anglicy mają to poczucie niezwykle zmutowane. Nie tolerują natomiast w tej sprawie wątpliowści.
Nie da się ukryć. Jestem Polką. Ale tu nie jestem Polką. Jestem niewiadomokimdokładnie. Myślę, że się właśnie mutuję z jakiejść Koreanki na Litwinkę...
Albo mutuję się z takiego nacjonalistycznego ateisty na kamień.
Zmutowany kamień, który jest zbyt miękki nawet potencjalnie na stanie się rzeźbą...
Źle się tu czuję. Nie spotkałam się z żadnym oparciem. Nawet z połową. Myślę, że wszystko z czym tu przyjechałam, to nawet nie są puste ręce. Ci ludzie się uśmiechają. Pani mi kawę robi, gdy długo siedzę w bibliotece.
Sophie jest miła. I jej dzieci. Ona mi naprawdę próbuje pomóc, ale ja czuję, że to nie się nie da i już. Czy to zrozumiałe? Po po prostu się nie da z niektórymi ludźmi. Wobec niej potrafię byc miła. Wstaję rano i sobie gawędzimy przy herbacie. Rozmawiamy o życiu tak, jak można sobie rozmawiać o życiu, kiedy nie zaczyna się tematu czynszu, który wypada zapłacić, bo przecież dziś środa. A oprócz tego, to sobie myślę, że wokoło wszyscy na mnie robią jakiś biznes. Nigdy w Polsce aż tak tego nie czułam. W sklepie. Ktoś ci resztę wydaje, a ty wiesz, że jego zachowanie nie musi świadczyć, że cię okrada, ale że po prostu korzysta. Bierze udział w społecznym wyzysku.
To społeczeństwo takie jest.
Muszę to powiedzieć chociaż tu, bo tam na zewnątrz moja rola brzmi: IT'S FINE! IZ FAJN!!! :D
Niesamowita biblioteka, z której nie mam kiedy korzystać. Śmiesznie nie? Mam problem z ustaleniem, co ja robię całymi dniami, ale wiem, że z powodu poczucia nudy, na pewno się obijam.
To zawsze było w takiej kolejności.
A teraz śmierdzę. Chyba nie śmierdziałam tak od czasów biegów w Ogólniaku, co mi przykazali, kiedy raz nie przyniosłam zwolnienia lekarskiego.
Głupio mi, bo czuję wokoło aurę potu. Myję się, używam czego trzeba używać i wszystkie takie...
Wyglądam tragicznie. Od wody mam uczulenie w postaci małych czerwonych kropkowatych. Kropkowate szczególnie ulubiły moje czoło. Woda śmierdzi, a oni ją piją prosto z kranu. Beztrosko, po angielsku. Głęboko. Analizując jej kontekst.
Koleżanki z mojego drugiego! roku opowiadają o swoich projektach: że one muszą jechać na Madagaskar, żeby poczuć dziką przyrodę i się połączyć z prawdziwym życiem. Rozumiecie?
Druga chce jechać do Japonii, bo uważa, że tamta kultura wyobcowania może na nią wpłynąć pozytywnie. Bo ona ma ostatnio problemy z komunikowaniem się ze światem, bo współczuje krajom wyzyskiwanym.
Gdzie ja mam wyjechać?
Nie podoba mi się tu. Część II
Nie ma tu miłości. Nie ma radości. Ale radości i miłości takiej wiecie...
Nie ma. Nie ma nic, czego można by się złapać. Widzę jakieś pary, ale nie widzę w nich sobą nawzajem zainteresowania.
Dziwnie się człowiek czuje bez zainteresowania świata twoim istnieniem.
Dziwnie się człowiek czuje kiedy czuje że chyba nawet lepiej byłoby gdyby go nie było.
Czy wszyscy na emigracji się tak czują? Nie chcę żyć na emigracji.