photo Wilk
Dobra. To nie będzie sprawiedliwe, co teraz napisze. Jestem niezadowolona w wymiarze, który pozwala mi po prostu w końcu się wypowiedzieć.
Niektórym już mówiłam, że ten blog jest terapią na frustracje. Zatem musicie znieść autoterapeutyczne zamotanie i koślawą gramatyko interpunkcję.
Mam internet. Tylko po co?
Cały czas w Polsce zastanawiałam się nad życiem bez sieci. Okazuje się, że mam dla Was radę: NIE PRZEJMUJCIE SIĘ W RAZIE PODOBNYCH WĄTPLIWOŚCI.
Nie dość, że internet mam z powietrza, to na uczelni jest na całym kampusie takie specjalne powietrze. Jest lepsze od tego domowego, bo niezmienne. Tu mam internet z niewiadomych przyczyn, z takich samych też go czasem nie mam.
Mam ochotę zacząć od dupy strony, więc zacznę od guza. Mam byczego guza na środku czoła.
Guz pojawił się wczoraj i jest znakiem, że nie jestem już dzieckiem.
Lot. Czekałam na kapryśne niebo już w Poznaniu. 50 minut. Przez pierwsze 20 minut po odprawie z 3,5 kg ubrań na sobie. Tak tak! Był show! Niemal wszystkie ubrania mialam na sobie! A w bagażu i tak po 2,5 kg nadwagi na każdy bagaż.
W końcu zawinęłam komputer w zawiniątko ze swetra i na jego miejsce włożyłam 2,5 kg mojego umundurowania. Czułam się, powiem Wam szczerze, jak w kiepskim filmie. Byłam niewyspana, bo przegrywałam resztki mojej dokumentacji do 5.30 a.m. Pojechałam na to szalone lotnisko taksówką w godzinach porannego szczytowania "pracnego"... Kiepski film ma to do siebie, że się wlecze i do końca nie wiadomo o co chodziło…
(Wiktoriański dom jest jak domek z kart. Podłoga się trzęsie. Oj się trzęsie...)
Jechaliśmy długo i już czułam, że mi się nie podoba.
Wsiadłam do autobusu, który miał mnie zawieść do samolotu po tych dziesiątkach minut oczekiwania; nagle ktoś mnie trąca. Już miałam trysnąć jadem, który się zbierał przede wszystkim gdzieś w okolicach ślinianek.
„Czy ty czasem nie zmierzasz do Totnes? Napisałaś do mnie przez naszą-klasę, że szukasz pokoju z powodu stypendium :) Jestem tą, która ci nie odpisała :) Poznałam cię ze zdjęcia.” Tak. Ta nasza-klasa…
No powiem Wam szczerze, że to był taki cud, który nie istnieje, bo ja miałam kupę w spodniach dostrzegając w bliskiej obecności samolot wielkości mojego przedszkola, który miał lecieć za chwilę jak motylek…, któremu ktoś nadepnął na skrzydełko. Dziewczyno Koleżanko Zbawienna! Życie mi Magdo… wspomogłaś. Miały rację wszystkie sroki, które przed moim wyjazdem srokały, że gdybym leciała z kimś, do kogo można gębę otworzyć, byłoby Karolinie lepiej.
Było dopóki się nie zaczęły pierwsze turbulencje, a miało być ich jeszcze kilka.. Gadanie nic nie pomogło. Trzeba się było skupić, żeby nie zacząć sikać ze strachu. Skupiłam się. Nie uciekłam. Się nie posikałam.
Nic NIC nie przebije lądowania. A mówiłam już, że tylko raz spojrzałam w okno? Żadnych rewelacji…. Powiem więcej, że pomyślałam, że projekcją na ścianie bardziej bym się przejęła. Ale to nie świadczy dobrze o moim poczuciu rzeczywistości…
Oj jak my przywaliliśmy tymi kołami! Co było poprzedzone nader intensywnymi wygibasami na boki. Przestałam wierzyć, że fakt niemal bycia na ziemi nam pomoże. Pasy odpięłam jak pół samolotu zrobiło się pustego. Mówiłam już, że to był mój pierwszy lot?
Później miałam niemal zwymiotować na krętych lewostronnych uliczkach Bristolu, bo się okazało, że Anglicy nie wyprzedzają. Nawet jak jedzie przed nimi traktor. A jeśli już, to tolerancja na dogodne warunki musi być poszerzona, po angielsku.
Miałam zmarznąć, ale w towarzystwie koleżanki współtowarzyszki, która skupiała się żeby nie narzekać. Obok źrebaczki w postaci dwóch niepełnoletnich beztrosko w krótkich rękawkach dostawały zapalenia płuc. Poprawka: dostałabym ja. Anglicy mają inną odporność mi się zdaje.
I później to już tylko spostrzeżenia.
Dzieci brudne z klikami z nosa do kolan prosto z kościoła...
Wszystko brudne, reklamówek pełno na poboczach i tego całego plastikowego plugastwa, a podobno ekologiczne zagłębienie odnalazłam do zamieszkania.
Kraksa na moich oczach wrażliwych, bo chłopak nowym rowerem z wysokiej górki kozaczył i wjechał na „leżącego policjanta” (ogranicznik taki), który jest bardziej brutalny/brytalny niż w Polsce. Koło wyglądało jak sofisto twist> pamiętacie babki, że włosy się tym plątało w sprawie koka jak się jeszcze włosy miało? Idiota zapitalał chyba z 60km/h.
Wszystko się inaczej zamyka, że człowiek nie wie czy już wszedł, czy dopiero go wpuszczają. I to nie, że technika. Tylko że taka technika, która za zadanie ma uwyjątkowić każdą najmniejszą pieprzoną drobnostkę. 10 minut stałam i czekałam, aż ktoś mi pokaże jak wejść do sklepu, w którym miałam zostać wkrótce oszukana na 10 pounds. Drzwi były, ale ustalić czy wejściowe, wyjściowe, pożarowe, zapasowe czy służbowe było nie lada wyczynem.
Mają takie kosze, gdzie się podpaski w krwi ubroczone brzydko zawija w folijkę elegancką i żeby samemu nie oglądać krwi innych, zgrabna półeczka podaje śmieć do innych śmieci. Nie korzystałam, ale frajda to musi być z tego nie - patrzenia.
Znalazłam centymetr krawiecki przy dentyście, a zawinięty był częściowo w cmentarnego kwiatka. Ci ludzie dziwnie się zachowują. Śmieci świadczą o ludziach. A według mnie opowiadać mogą ciekawe historie. O tych ludziach? Może o ich historiach, które się krzyżują jak jabłonki.
Nie ważne, że zjadane właśnie jedzenie spadło na ziemię, wypadło z patelni gdzieeś, wpadło Coś przypadkiem, bo się sięgało do półki z gwoździami, czy inne takie pogmatwane.
Anglicy nie zjedzą niczego, co leży dłużej niż dwie godziny na powietrzu. Wnoszę nawet, że godzina się czasem skraca do kwadransa. Wnoszenie sprawdzone empirycznie. Oni po prostu uważają, że to się nie nadaje. 5 dni leżały ziemniaki w mikrofalówce zamknięte, oj jaki krzyk, że miały być na obiad jak je wyciągnęłam, a ochrzan trafił na dziecko. Dziecko też człowiek ;) A on miny do mnie stroi. W każdym razie było w mikrofalówce bezpieczniejsze przez 5 dni, niż gdyby poleżało bez opieki z godzinku, Gabaszu godzinku!
Ubóstwiać będę już zawsze Ginger Beer wszelkiej maści, ale przesadziłam biorąc coś o nazwie Black Pearl. Zdrowo przesadziłam wykonując załyk szeroki nieświadoma głupia wieśniara ja.
Dzisiaj byłam na sesji. Sesja to dobre słowo zasłaniając terapeutyczność. Po co oni tyle gadają do jasnej cholery! Przecież ja wiem, co oznacza rozmawiać o koncepcjach, nawiązaniach, kontekstach…… Trochę upośledzona się czułam. Jak się później okazało najmniej ze wszystkich, bo reszta miała mieć oczy jeszcze szerzej otwarte razem z żuchwą. Okazać się to wszystko miało po prostu na miejscu i o świadomej konstrukcji. Dziś był pierwszy dzień nowego semestru. Zwierzalność spuchła do ogromnych rozmiarów, a wszyscy wyskoczyli na tea time jak z procy. God bless tea time…
Dziecko mnie nienawidzi, bo zabieram mu pokój. Jedno już nienawidziło, bo mieszkam w nim teraz. A tamto pierwsze ma się ze mną zamienić, bo trzeci raz w ciągu czterech dni nabiłam sobie guza o zwisające łóżko moje. Nabiłam go sobie o łóżko, na którym śpię, bo wisi na wysokości trzeciego oka… A pod nim mam szafkę. Jest tu, bo pokój jest na tyle mały, że tu tylko może istnieć żeby w ogóle istnieć.
Niedługo zamieniam się z chłopcem pokojami i mnie bardzo z tego powodu nienawidzi. Nienawidzi wprost proporcjonalnie do tego, jak często jego mama mówi, że ON ZAWSZE CHCIAŁ MIEĆ TEN POKÓJ. Obiecałam mu coś namalować na ścianie w ramach przekupstwa. Te dzieci to by tylko rękę wyciągały ;)
Mają problem z alkoholem. To znaczy Brytole dorośli, nie dzieci. Tak nam powiedział Roger/przyjaciel/odpisywacz na mejle jeszcze z Polszy. Oni nie wiedzą co to problem z alkoholem, zgoda?
Impreza zaczyna się o 9 p.m. Zaczynają się zjawiać ok. 10 p.m. by być ok. 10.30 gotowi. 12.00 i po sprawie. WYgonitwa. Bye bye. Buziaczki żeby nie było, że nie zauważyłem. Ja chyba nawet nie zanotowałam czy ktoś tańczył. Ciekawe jak czuje się dj, bo kolega, który robił wizualizacje zbladł po rumuńsku, bo i u nich impreza kończy się nad ranem…
Kiedy tu pić? Myślę, że Londyn żyje innym życiem, ale niezupełnie angielskim. Czuję w kościach, że ten Londyn to mi bliższy będzie polskością niż sama Polska. Tu w Totnes – Anglia. Mała dziura. Anglicy przez duże A.
Mówiłam już, że herbata inaczej smakuje? Nie nie. To ta sama. I w czajniku elektrycznym, ale oni jakąś wodę mają niezbyt wiadomą... Jakąś taką.. W każdym razie kamienia w czajniku nie ma wcale.
c.d.n.