Szukaj na tym blogu

31 maja 2008

karo to miła


kurcze no ja się chyba zaprzyjaźniłam. przez ostatnie pół roku odkryłam w sobie możliwość taką. zadziwiającą swawolną lekką i dość mocno pomocną. ja się mogę przyjaźnić. chyba nie bardzo o tym wiedziałam. nie wiem czy ktokolwiek miał kiedyś takie opory. ja pół życia miałam. bo drugie pół w ogóle mało miałam.

dziś jest ładny dzień. znalazłam w sobie powody dlaczego tu jestem i po co mi bolące łokcie. czuję się smutna, ale to minie. luby rozwiąże sytuacje już wkrótce z moim sercem. pracuję w dwóch pracach. czynsz jest drogi, a żywność drożeje tu z tygodnia na tydzień. odechciewa się jeść.

w poniedziałek viva, czyli obrona końcoworoczna i po studiach. wzięłam wolne na lubego, kasy brakuje.

myślę żeby się przenieść do Londynu coraz częściej. nie czuję się pewnie w tych pracach i wciąż się boję, że mnie zwolnią. może powinni, a ja bym coś zrobiła ze swoją nieszczęśliwością.

K.

28 maja 2008

something extra / dodatek [mamo postaram się wszystko tłumaczyć]

Luby przyjeżdża we wtorek! Opatrzyć mnie łokcie swoje serce sytuację swoje obsesje czy przypadkiem. Bez różnicy.

Czasem mi się wydaje, że życie to kawał chama, a później się okazuje, że wszyscy tak naprawdę dziękują chamstwu, że życiem jest. Czy ja podziękuję?

Pyta mnie Boros, co gaduje od niedawna: A artystycznie jakieś zyski?
Na co ja tylko mogłam: To zawsze trudno stwierdzić, kiedy jest się w środku, a i odpowiedź jest zawsze ta sama: Na pewno.







'reasonably / rozsądnie'




'reasonably / rozsadnie'
duo performance art piece
Karolina Kubik (PL) & Rosalie Schweiker (D)
DURATION: 2 hours

ARTISTS STATEMENT


Elbows are used for metaphors in different ways in different languages. For example in German ‘Die Ellenbogen benutzen’ means to be very competitive. In English there is a saying ‘ Not knowing your ass from your elbows’ which means that the person is very stupid and incompetent. Or another proverb is ‘elbow grease is the best polish’ or a phrase used by Thomas Carlyle ‘a man always has to elbow himself through the world, giving and receiving offence.’ In Russia there is a proverb ‘you’re elbow is close but you can’t bite it.’ Bread is also a strong metaphor for labour and work. Somehow both sides, the viewers and the performers, could be jealous about each other. Because the viewers could see the whole performance from the outside and see it’s strength of the image and the action. But the performers have the experience that only they share, they have the experience of the bread and the pain and how it feels like to work with the material. In the process of the performance they explored the material in new ways and had different phases of frustration and joy. They explored a new relationship to their body and its physical limits, they learned about the material they had to tackle and they got strength from enduring the whole situation. As a visual artist I think that the image was as important as the action. The whole studio space, the small table and the chairs were both very usual and at the same time very absurd. For this piece it was the first time that I did not directly address the audience. Somehow the performers were in a separate and close own world, but the audience could join us and take the envelopes. The duration of the piece was 2 hours and within this time people left the studio or came back and there were shifts of our behaviour as well, depending on who was with us in the studio. From this performance we received a lot of strength and new knowledge about ourselves and our art. But we also took great pleasure and pain out of it. This piece was mostly about oppositions, about the difference between body and dead material, about emotions and states, about two different personalities, about noise and silence, about absence and presence, about money and not money, about slow and fast, about funny and serious, about order and mess, about seeing things and covering things, about reputation and rejection, about the individual and the group.

Karolina Kubik

...

zrobiłam to. dziś rano. mój performens. i udowodniłam że myślę. i złożyli mi propozycję żebym została na następny rok zrobić tu mój MA. studiować w Anglii sztukę bez konieczności zdawania egzaminów. przecież o tą propozycje chodziło od początku.

czy nie?

24 maja 2008

dokumentacje... o dziewiątej rano po całej nocy, więc do pracy poszłam bez wahania. I pracowałam do czwartej dwadzieścia pięć kawę robiąc zamiast sztu

Jestem jaka byłam. Podła. Byłam na dyskotece właśnie. Półtorej godziny. Ale historia jest dłuższa. Wczoraj tyzyny 22. maja przedwczoraj pracowałam 12 godzin przy kupach bez przerwy i wróciłam do domu i pomyślałam o mamie i skończyłam dokumentacje... o dziewiątej rano po całej nocy, więc do pracy poszłam bez wahania. I pracowałam do czwartej dwadzieścia pięć kawę robiąc zamiast sztuki, ale miałam rower więc mówię zdążę, a mnie Sajmon puścić nie chciał szef zły. Wypedałowałam dziesięć minut, biblioteka te sprawy druki, było piętnaście po piątej. Zamknięte biuro. Tydzień jestem w plec znów. Mogę we wtorek, bo mają święta. Poległam ale zrobiłam. Wszystko było źle, a szef mnie już nie lubi. Wściekł się dzisiaj, bo wciąż nie wiem jak się jego smoothies robi, a ja mu wypomniałam, bo mi ukradł godzinę w poprzednim tygodniu. Nie zdążyłam się zdać, ale widzę że to powoli traci sens, bo mi każą w październiku zaliczać. Więc planowany powrót się może wyciągnąć. Eh. I po dwunastu godzinach, niedotkniętym w nocy łóżku i kafe do piątej dwadzieścia pięć i walkami drukarskimi, postanowiłam iść na dyskotekę. Dyskoteka bo Rumunia wraca do domu. Siedzę właśnie w domu, bo jutro do pracy na dziesiątą. Nie wiem jak się nazywam i wyzywam. Luby milczy, a ja kocham. An gdyby nie Ty zapomniałabym, że ktoś w Polsce jeszcze istnieje.

23 maja 2008

20 maja 2008

Dla odmiany?

Dobra. Widziałam kupę i mi się odechciało.
Ale to chyba ludzkie, i kupa i odechcenie?

Mam wątpliwości z innego powodu... Płakałam dziś, jak usłyszałam o farmie i krowach od Uwodzicielki. Że je ganiała i się wściekała jak szły w różne strony. A na swoją wnuczkę mówi, że to całkiem nowe dziecko, bo nie pamięta jej imienia... Czy ja aby się tam nie zapłaczę ze wzruszenia?

Dziś byłam sensacją z tymi łzami. Wszyscy chcieli się mną opiekować. Dla odmiany.





Luby milczy, a mi się coraz bardziej chce milczeć.

19 maja 2008

Przy okazji sztuczek...

Przypomniały mi się, tu teraz przy tym papieżu, prace Rona Muecka. To przywołam kilka zdjęć, bo naprawdę warto. Zobaczenie ich na żywo najbardziej 'żywo' polecam.




















Lula: Wymyśl mi jakieś Dzieło Sztuki do opisania na przestrzeń...

Zrozumiałam pytanie, bo umysł studentki ASP odbity sesją, nieprzygotowany jest na wysiłek tego sortu. Należy być aż tak górnolotnie twórczym, a jest się tylko z lekka przytkanym. Ja wiem, bo wiele razy się tak pytamy nawzajem siebie, z nadzieją oczekując inspiracji, albo chociaż kopa. Lul, pszszam, że to daję tu, ale to się jeszcze może nam obu przydać! A poza tym tęsknię trochę za tymi głupawymi pracami semestralnymi, nawet jeśli je tak soczyście przeklinając, oddawałam zawsze po czasie.

Ja mówię: Maurizio Cattelan, La Nona Ora (The Ninth Hour) (2000)



Gdzie tam przestrzeń?

1. tam w dachu była wielka dziura, dach był szklany, a na ziemi leżało szkło.
meteoryt miał wpaść przez dach i przygnieść papieża. przestrzeń, z której wpadł meteoryt i przestrzeń do której wpadł. ja bym z przekąsem dodała tu też przestrzeń pomiędzy papieżem, a meteorytem.

2. przestrzenie mentalne, które naruszyła ta praca. wokół niej powstało prawdziwe piekło. zatem przestrzenie medialne. a także polityczne.

3. a najlepsza! przestrzeń pomiędzy przestrzenią. czyli merytoryczna, żeby nie powiedzieć meteoryczna. ta przestrzeń, pomiędzy oczywistymi w.w. przestrzeniami, to przestrzeń, którą można było wyczuć będąc tam. wielka przestrzenna sala. bardzo czerwony dywan. i malutki, naturalnych rozmiarów człowiek papież przygnieciony przez jakiś absurdalny meteoryt. trochę szkła na podłodze. i widz. myślę, że takie symbole i klarowność wypowiedzi tworzą ogromną 'przestrzeń' dla Ciebie jako krytyka moja droga, a ja już wiem jak Ty im tam zasadzisz ;)))

Nie pozdrawiam wiadomo kogo.

Że natura taka jest, że człowiek się łączy w pary, gdy można go jeszcze podziwiać, by później można było już tylko razem, w parze, podziwiać naturę?

Byłam pod prysznicem. I tym razem nic nie chciałam. Tym bardziej robić sztuki. Ale nie płakałam. Luby przysłał trochę życia tuż przed prysznicem. I jakiś taki spokojny niewiarygodnie był... Zapytał jak tam sobie radzę, więc odpowiedziałam. Chyba nie chciał wiedzieć. Powiedziałam na koniec, że spróbuję zrobić tą dokumentację, upamiętniając tym samym jego odezwiny, ale właśnie mi powietrze zeszło i znów mi po prostu smutno. I bardzo boję się, co będzie później. Kiedy później? Po tym jak już zostanę sama i tylko pustka się będzie wwiercać na mój onlajn. Czy to nie jest zawsze tak, że jak się jest młodym, to się myśli, że Ci wszystko wolno i masz jeszcze tak cholernie dużo czasu na wszystko? Że masz czas na miłość do niego i do dziecka, i jeszcze żeby jego i dziecko urodzić? Że zdążysz udowodnić rodzicom, że ich kochasz, a do tego, że jesteś najlepsza; tylko musisz najpierw zapracować; więc zdążysz jeszcze spędzić z nimi dużo czasu, ale w ten weekend musisz zostać w pracy...? Że Twoja skóra jeszcze długo pozostanie taka gładka, a siwy włos jest wydarzeniem, bo jest jedyny? Czy to nie jest czasami tak, że za chwilę już na wszystko będzie za późno, a ja będę stara i nic już? Że natura taka jest, że człowiek się łączy w pary, gdy można go jeszcze podziwiać, by później można było już tylko razem, w parze, podziwiać naturę? Ja już nie mam w sobie zapału nastolatki, żeby podbijać i łamać serca. Moja Biologia mi mówi póki co, że dieta angielska powoduje krwawienie moich dziąseł, a to nie za dobrze... Ja bym chciała jeszcze zaszaleć i podskoczyć wyżej, niż to dla mnie przewidziane! I mam tak wiele pomysłów na różne produkty sztuczne, ale tak bardzo bardzo mało motywacji...

Może kupię sobie motocykl, jak już tu tyram, i sama pojadę zobaczyć Gibraltar?

18 maja 2008

Rosemary 'szybko' biegnie do pokoju męża....

Sprawy u mnie mają się następująco: niewiele się zmieniło od wczoraj.

Mam miesiąc poślizgu z dokumentacją i grożą mi różne takie restrykcje. W sumie ostatecznie mnie wywalą pewnie. Ale ja lubię ryzyko i adrenalinkę. Czuję, że żyję tylko jak jestem pod presją. Mogłabym tak pod presją... Żartuję ;)
Oby ta presja spowodowała, że wyjdę z opresji.

Luby się odezwał. Ale nic więcej. Po prostu się odezwał. Pewnie przeżywa oczyszczenie duchowe. Ja się próbuję zająć zajęciami.














Byłam dziś w pracy. Kilka godzin. W tej drugiej. Pierwszą pracę mam w środy i piątki póki co. Tu będę trzy razy w tygodniu. Ale za to pełną dniówkę. Płacą mi 5,60 na godzinę i ja się wciąż łudzę, że to na rękę chociaż. Nie jest źle jak na jamajską Polkę z kiepskawym wciąż angielskim i to jeszcze wśród przygłuchych Angielek.
Wydaje mi się wręcz, że to miejsce w sam raz dla mnie. Ja ich nie rozumiem, bo nie noszą czasem zębów. A one mnie już wcale, bo słowa, których używam, nie są w ich głowach, a raczej istnieją jako brzmiące lekko inaczej. Do tego są głuche, więc ja tą moją kiepską gramatykę wykrzykuję w wniebogłosy i wstydzę się potrójnie. Reszta personelu na pewno się ze mnie nabija, ale na szczęście rezydenci mają demencję. Połowa, po moim przedstawieniu się jedynie, jest w stanie określić, z której części Polski jestem. I to wcale nie dlatego, że tak wielu Polaków spotkali w ciągu ostatnich lat, bo dla nich jest wciąż 1950, ale dlatego, że po wojnie zamieszkało tu wiele polskich rodzin. Zatem wyobraźcie sobie moje zaskoczenie.
Faktem jest, że nie rozumiem ich, bo usta na starość się jakoś kurczą i wszystko wpada nagle do środka, ale za to jest tu kilka nauczycielek angielskiego, więc mają swoją drugą młodość poprawiając moją wymowę. Śmiesznie na moją wykrzyczaną błędną gramatykę usłyszeć odkrzyk z korektą. Wszyscy dookoła wiedzą o co mi chodzi. Jeśli w ogóle słyszą ;) Najczęściej ja jestem ich pamięcią, a oni moją wiedzą. No może jeszcze nie pamięcią, ale ja wiem kogo zapytać, w którym pokoju mieszkają, a oni znają ten wielki dom i wiedzą, w którą stronę iść.
Ale muszę przyznać, że to niezwykłe miejsce. Ludzie są tam szczęśliwi. A to chyba rzadkie w tego typu miejscach, prawda? Myślę, że to nawet jakiś rodzaj szczęścia, czy zrządzenia losu, że tam trafiłam. Nie dość, że jest po drugiej stronie ulicy, więc mogę w sumie chodzić tam w kapciach, to jeszcze w dobrym momencie mojego życia. Bo tak naprawdę nie jest ważne, czy oni mnie rozumieją. Nie ważne, że chybiam wielokrotnie próbując wymówić jedno słowo i że kilka 'dziewcząt' już sobie ze mnie robi żarty i udaje, że nic nie rozumie, czekając na reakcję. Najważniejsze, że czuję się tam potrzebna. A ja lubię jak ludzie mnie potrzebują. Najważniejsza w tym wszystkim jest obecność. Rozmowa. Nawet jeśli ja niegramatycznie krzyczę, a oni nie mają zębów.
To jest niesamowite, jak cieszy ich mój uśmiech. Który oczywiście jest spowodowany tym, że nie wszystko rozumiem. Cieszą się, że ktoś im towarzyszy na spacerze, że mają się do kogo odezwać, że jest ktoś, kto potrzyma ich za rękę albo włączy rock&rolla, jak mają się ochotę pobujać na stojąco, święcie przekonane (bo to najczęściej dziewczyny), że tańczą wygibasy.
Byłam dziś na spacerze z Jane. Jane była smutna, bo jej postępująca demencja niestety zabrała jej możliwość samodzielnych spacerów. Ona lubiła się gubić, wiecie?
Opowiem wam to wszystko, bo naprawdę oni mają świetne, choć nie 'najświeższe' plotki! Mieszka tam małżeństwo. A w sumie eksmałżonkowie. Rozwód jest w toku. Po sześćdziesięciu latach małżeństwa Kahene wybrał nowy samochód, a nie najdroższą żonę. Więc puściła go z torbami. To są tzw. 'lepsi ludzie' tam, bo mają dużo pieniędzy, więc i własne osobne mieszkania. Świetne te mieszkania apropo! Dwójką z czwórki jest właśnie ta rozwodząca się para. Całe pieniądze dostała ona, on ma za to swój samochód. Samochód jest czerwony i to nie ferrari, a zadaszony wózek inwalidzki najwyższej klasy! Wygląda jak mercedes i nawet nie wiem, czy to nie Mercedes je produkuje... Ale ja nie jestem od tego.
W każdym razie wynajęła najlepszych prawników, którzy zostawili faceta bez niczego. To ona opłaca jego pobyt w tym Domu Spokojnej Starości nawet! Na dodatek: nie chce go widzieć na oczy! Więc wszystko jest temu podporządkowane.W tym domu mieszkają 42 osoby i wszyscy dostosowali się do sytuacji bez słowa. Najsmutniejsze dla mnie jest to, że on podupada na zdrowiu. Po 60 latach małżeństwa sam sobie podupada na zdrowiu w samotności, ale z telewizorem na pół pokoju i ze złotym sygnetem na palcu.
Jest też Rosemary. Rosemary lubi mężczyzn. Nic nie pamięta, bo jej głowa nie działa jak dawniej. Ale gdy tylko jakaś żona wychodzi przez frontowe drzwi kończąc odwiedziny, Rosemary 'szybko' biegnie do pokoju męża. Nie swojego rzecz jasna. Spędza w tych pokojach prawie całe dnie. I tylko u tych żonatych.

Bardzo mi tam dobrze. I daje mi wiele szczęścia pomaganie innym. Ale jeszcze nie widziałam żadnej kupy ;)

Piszę to wszystko, bo nie będę tego pamiętała. A obraz tańczących w kółeczku w rytm rock&rolla osiemdziesięciolatek chciałabym, by pozostał ze mną na zawsze.






Pokazuję ten film, czy też klip, bo zawsze jak siedzę w wannie, to jestem tak zachwycona tak, że chciałabym ze wszystkiego robić sztukę. Ale zawsze jestem też przekonana, że to inspiracja nie tylko dla mnie, a w tym temacie nie mam jakiegoś indywidualnego zdania, a tym bardziej górnolotnego. Co nie znaczy, że to, które pokazuje, jest górnolotne.
A to Virgins Deluxe Edition, bo do mnie napisały przypadkiem mejla, a to wideło ma niezły początek i sprzedany koniec. Tak dla rozpoznania co myślicie, bo że głupawe, to wszyscy wiedzą. Możecie ich poszukać zawsze na jutubie albo majspejsie. Ogólnie to szurnięte zdrowo dziewuchy. Hehe, ale to w końcu projekt artystyczny studentek ASP, więc się dzielę sztuką!

Głosujemy czy to się nadaje jako smok na moją łopatkę? :D Próbuję nie zwiariować.










rys. Izy wybrałam


17 maja 2008

Dawno temu obiecałam komuś, że będę też czasem pisać o sztuce. Ale że takowej nie spotykam, przepiszę notatki z Tate Modern...

Bo ostatnio wszystko zapodziewam. Zapodziałam już paszport i gwarancję na buty. I w ogóle kiepsko z moją głową. A więc notatki do pamiętnika wpiszę, żeby ważnych nazwisk nie zapomnieć i galerii, które jeszcze muszę zobaczyć. Bo niektóre z tych nazwisk już pamiętałam, ale zapomniałam. A tak by się już przydały nie raz.
  • GALERIE w Londynie koniecznie do zobaczenia:
Barbican Art Gallery ('The Curve') Level 3 Barbican Centre, Silk Street, EC2
Hayward Gallery Belvedere Road, South Bank Centre, SE1 (Metro: Waterloo-Bakerloo or Nothern)
Institute of Contemporary Arts (ICA gallery) The Mall, SW1, [Bilety Pon., Pt. 1,5 Ł]; Metro: Piccadilly Circus (Bakerloo or Piccadilly)
National Gallery Trafalgar Square, Metro: Charing Cross (Nothern-Bakerloo lines), Leicester Square (Nothern/Piccadilly lines)
National Portrait Gallery St. Martin's Place, Metro: Charing Cross (Nothern-Bakerloo lines), Leicester Square (Nothern/Piccadilly lines)
THE SAATCHI GALLERY Duke of York's HQ, Sloane Square, 3W34RY, Metro: Sloane Square
Royal Academy of Arts Burlington House, Piccadilly, W1, Metro: Green Park (Jubilee or Piccadilly of Victoria)
Royal Albert Hall Kensington Gore, SW72AP, Metro: South Kensington (Piccadilly/Circle & District Lines), Rail: Victoria
SERPENTINE GALLERY Kensington Gardens, Hyde Park, W2, Metro: South Kensington (Circle of District or Piccadilly)
Tate Britain Millbank, SW1P4R6
Tate Modern Bankside, Southwark, SE19TG
Victoria and Albert Museum Cromwell Road, South Kensington, SW72RL, Metro: South Kensington (Piccadilly/Circle & District Lines)
LOREM IPSUM GALLERY 12b Vyner Green, Metro: Bethnal Green, Buses: 254, 106
Hauser & Wirth 196a Piccadily, W1J9DY

  • NAZWISKA, które wyróżniłam w Tate Modern, a na temat których będę tu dopisywała.
Jannis Kounellis '936 (Italy) Untitled '79 Świetne instalacje! Do zapamiętania!
Oczywiście Mirosław Bałka. Bardzo dobra instalacja ze zmytymi mydłami.
Carollee Schneemann "Meat Joy" Writes Schneemann: Meat Joy is an erotic rite -- excessive, indulgent, a celebration of flesh as material: raw fish, chicken, sausages, wet paint, transparent plastic, ropes, brushes, paper scrap. Its propulsion is towards the ecstatic -- shifting and turning among tenderness, wildness, precision, abandon; qualities that could at any moment be sensual, comic, joyous, repellent. Physical equivalences are enacted as a psychic imagistic stream, in which the layered elements mesh and gain intensity by the energy complement of the audience. The original performances became notorious and introduced a vision of the "sacred erotic." This video was converted from original film footage of three 1964 performances of Meat Joy at its first staged performance at the Festival de la Libre Expression, Paris, Dennison Hall, London, and Judson Church, New York City.
Meat Joy: First performed May 29, 1964, Festival de la Libre Expression, Paris.
Filmed by Pierre Dominik Gaisseau. Editor: Bob Giorgio.

Marlene Dumas '98
W Tate Modern: 'Lead White' 'Ivory Black' 'Stern' 'Lucy' Powiedzieć Jarzębinowemu! Piękna akwarela!
Ellsworth Kelly “Gate,” a 1959 sculpture of painted aluminum.
W Tate Modern 'Broadway' ('58) Tak ją tu zaznaczam, bo trzeba ją kiedyś obok Jana Berdyszaka. Ciekawe punkty wspólne! Spróbować jakąś analizkę!
Victor Grippo 'Tables of Work and Reflection' > the transubstantiation
Roy Lichtenstein


Seydou Keita 1921-2001 Powiedzieć o niej Jarzębinowemu Wzgórzu! Piękne przepełnione dobrocią zdjęcia!

Maurizio Cattelan polecam dotrzeć do jego prac!

Paul Mc' Carthy
>Seksualność i absurd zdają się być tu naprawdę tanie. Czym on się tak naprawdę posługuje? Naszym samozaprzeczeniem? Zaprzeczeniem, że to, co widzimy, nie może być tylko tym, co widzimy.
Najgorszy jest dźwięk. To przede wszystkim instalacje dźwiękowe.
Pamiętam dźwięk w ten sam, obecny wszędzie, sposób z Hamburger Museum w Berlinie.
Dłużej tu siedząc można wręcz odnieść wrażenie, że prace Mc'Carthy'ego nie mają nic z seksualności. Jest tu za to jakieś złodziejstwo, pazerność. Chciałabym tylko dodać, że podobają mi się te prace. Bo w ich obliczu każdy człowiek jest niewinny, zbyt niewinny. Pośród stworzonego przez niego świata każdy ma szansę poczuć się lepiej z własnym życiem. Pamiętam, że w Berlinie podszedł ktoś z naszej grupy warsztatowej i powiedział: 'Karolina całą tą sztukę widać w Twoich przerażonych oczach.' To było moje pierwsze, moje osobiste zetknięcie się z pracami Mc'Carthy'ego.
Myślę, że w tym poczuciu niewinności nie jestem odosobniona. Każdy jest tu zbyt wrażliwy. Spędziłam bardzo dużo czasu przy jego instalacji. Ale sytuacje, o których mówi artysta, mogą dziać się tylko bez świadków. Jest to więc spektakl niecodzienny. Tracimy zaufanie. Mc'Carthy zabiera nam nasze zaufanie do ludzi wokoło. Po zobaczeniu jego sztuki każdy spotkany człowiek ma własny taki spektakl bez świadków, w zaciszu pokoju, pod prysznicem. Można to zobaczyć w każdych oczach. I wciąż nie jestem pewna czy Paul Mc' Carthy nam te oczy na ludzkie fetysze otwiera, czy zamyka.
Wybrałam najlżejszy film, jaki znalazłam. Ciekawych odsyłam do http://www.youtube.com/watch?feature=related&v=4C3yjIet2Ig

Trailer for the art exhibition of Paul McCarthy, HEAD SHOP/SHOP HEAD at S.M.A.K. Gent.






Bardzo fajna praca, którą widziałam na Biennale w Berlinie kilka lat temu. Stałam w środku.
Spróbuję conieco poczasem wyzupełnić.

Mięciutka piosenka z twardymi słowami. A poza tym czy nie piękna kobieta?

Chyba nie ma odpowiedzi, nie wiadomo co jest dobrem, a co złem.

Pisze do mnie Jarzębinowe Wzgórze w peesie listu, w którym też mówi, że mnie jednak nie chcą wysiudać z mieszkania, tylko się martwią o pieniądze i moje zmienne plany:
  • Co do S. Czasami też się zastanawiam... Ile ludzkie serce wytrzymuje, ile organizm jest w stanie znieść, czasami tak sie B. sami zastanawiamy, czy kolejna kłótnia, czy kolejne nieprzyjemne słowa nie psują czegoś między nami...Nie wiem, czy ludzie w parze są w stanie się wzmocnić takimi przykrymi przejściami, czy to czegoś nie psuje....... Sama nie wiem, życie to pokaże, tylko że wtedy już może być za późno....... Wiem, że relacja męsko - damska inaczej wygląda niż relacja rodzinna, ale to jest dziwne, jak sie tyle kłóciłam z moja mamą, tak bardzo ostro, że wrzeszczałyśmy na siebie, potem obydwie płakałyśmy, ale jak by nie było - mama zawsze pozostaje moją mamą, zawsze mi wybaczy i ja jej, więc czemu miało by być inaczej między kobietą i mężczyzną... Którzy nadal się kochają..... Nie wiem jak to S. wszystko odczuwa, może nie ma siły jeszcze raz tobie zaufać, lecz sama powiedziałaś, że on też ciebie nie traktował zawsze dobrze, prawda? Przecież nie może tak być, że to tylko ty jesteś symbolicznym winowajcą? Wszystko ma swoje powody. Nie wiem. Może powinnaś mu pozwolić odejść. Może znajdziesz kogoś, kto da sobie radę z twoimi słabościami i wybrykami.... Sama nie wiem. Dla mnie te sprawy miłosne staja się coraz bardziej niewytłumaczalne i trudne... To jak pejzaż, jak jakieś terytorium, gdzie człowiek jest całkowicie bezbronny, nie ma mapy, nie ma kompasu i nie wie jak się przemieszczać. Chyba nie ma odpowiedzi, nie wiadomo co jest dobrem, a co złem.
Czuję, że S. chce po prostu normalnie spokojnie żyć. Bez takich wariactw i niepewności. Że myśli o kimś. Kimś innym niż ja. Kimś ani lepszym ani gorszym, tylko innym.
Jarzębinowe Moje! Nie mogę go o to winić, ale pęka mi serce.. Nie jem, nie śpię..

Najgorsze, że jestem tak daleko, że nie mogę nawet zapukać do jego okna. Powiedzieć : przepraszam.
Oboje popełnialiśmy błędy, ale moje błędy ze względu, że jestem jaka jestem, są jaskrawsze. I zdają się być o wiele bardziej bezlitosne.
On jest inny. Wyciszony. Do środka. On mnie potrafił zabijać po cichu. Powoli. I tylko czasami. Aż nie wytrzymywałam i gdy ja odchodziłam, głośno trzaskałam drzwiami. Głośno, bym sama mogła o tym długo pamiętać. A to boli.
Myślę, że to spawa właśnie hałasu.
Tylko, że ja wciąż mu wierzę i będę czekać.


~ ~ ~

Nie chcę pozwalać mu odejść. Chciałabym znaleźć powód, w który uwierzy. Świadka, który mu powie. Kogoś, kto go przekona. Ból niemal fizyczny jest fizyczny. Moje oczy zniknęły. Nie ruszam się odkąd przyszłam z pracy. Wczoraj. Nie jestem głodna. Nie jestem nic. Śniło mi się, że padał deszcz i cała jestem mokra. I się zaczynam robić zielona... Nie wiem, co się jeszcze wydarzy w moim życiu i czy już zawsze będę tęsknić. Bo prawie go sobie stworzyłam. I go czuję, nawet jeśli on nie chce, bym czuła. Czuję gdzieś pod lewym łokciem każdy jego ruch. Leworęczny. Tu się skupia cała uwaga. Piję z nim herbatę w szklanym zielonawym kubku. Odbieram telefon, gdzie nigdy nie byłam na tapecie. Kapcie zsuwam skórzane, by założyć brązowe buty. Wrzucam czarno biały plecak szybko na jedno ramię. Chowam suszarkę po porannym suszeniu włosów, przeczesuję je jeszcze palcami przed wyjściem. I wychodzę w zielonych majtkach, które dostałam od siebie. Kolory widzę tym łokciem.


orzruhc=owo

Obejrzałam tą listę z poniżej i się wyryczałam nieprzyzwoicie. Nawet jeśli jestem sama, zaryczana i obsmarkana, taka, jak teraz; to przecież trzeba ciągnąć ten wózek. Bo co. Mama będzie zawiedziona, no nie mamo? Żyję. Popełniam błędy. Nie zawsze, jak każdy, się do nich przyznaję. Idealnością nie grzeszę, ale urokiem osobistym czasem mi się uda zaświecić... Może coś zostało z niego, co luby? Wiem, że dla Ciebie to już nie wystarczy. Czy już cały poczerniały ten urok moją czernością jest? Dziś mi bębnią te słowa pierwsze. Ósmy rok już... Ja się jak widać do związków średnio nadaję.
Zasłaniam wszystko, co niewygodne. Tak zostałam nauczona. Brać poetycka przytaknęła i już od tej pory mieliśmy wszystko nazywać inaczej, niż nazywało się w rzeczywistości.
Obklejaliśmy starannie bawełną każde głupiutkie wydarzątko i mieliśmy z tego nieukrywaną frajdę. A i wydarzenie nie musiało być nawet własne. A że mi to wychodziło lepiej niż innym... To też dlatego tu jestem. I mogę bezkarnie wyrzucać niepotrzebne słowa z życia.
Borosko przyjazny poeta from Gdańsk napisał w jednym ze swoich: "a zakręt, który jest w nim nigdy nie będzie prostą"... Jakoś mi się przykleiło razem z sentencją Słynnego Samuela: ever failed co pod zdjęciem pupy gdzieś w okolicach czytanych.
Ciężki dziś dzień, a to nie pierwszy. A na pewno nie ostatni. Ja już do końca życia taka będę. Beznadziejna. Przewrażliwiona. Zakochana. Nieszczęśliwa. Będę? Oczywiście fanfary i głos z nieba: Zobaczysz dziecko. To dopiero początek Twojego życia. Tego kwiatu pół światu. Masz jeszcze przed sobą wiele takich wyborów.
  • Ja chcę jednego tylko. Już zawsze.
I czuję się jak nastolatka tak, jak chciałam. Nieszczęśliwa. Tylko czas na pamiętnik nadszedł rozsądnie za późno.
Tłumaczę sobie i unikam ciosów, jak widać, jak tylko mogę, żeby wprawiać się w rozruch, bo będzie nieszczęście. Tak mi mama mówiła. Więc na dowód, że nie tylko płaczę i sobie nie radzę, jeden z dwóch części video, które chciałabym przedstawić końcoworocznie, pokazuję. Tylko tu. To tylko zaprawka. Wciąż w procesie, ale pomyślałam, że jak już dziś /w sumie wczoraj/ tak zasadziłam niezdrowo załamaniem nerwowym, to zasadzę jeszcze mocniej. Wiem, że to ciężkie. Ale jak się dobrze przyjrzeć, to jaja :-)


16 maja 2008

The.Bucket.List

obejrzeć to...



{24207}{24286}Zawsze miałeś takie piegi?
{24310}{24370}O ile się orientuję, to tak.
{24371}{24416}Fajne.
{24417}{24472}Piegi.

I jeszcze jest zimno, bo czasem wietrzę. Przepraszam wszystkich. A nie umiem...














Wszystko śmierdzi. Wszystko wokoło. I jeszcze jest zimno, bo czasem wietrzę. I już ja też śmierdzę, bo w tym smrodzie mi bez różnicy. Rosalie wylała wino na mój dywan. Trzy dni temu. A wino było chilijskie czerwone i drogie z posmakiem czekoladowym i nie wypiłyśmy nawet lampki. Chyba komuś oddam pozostałe pół.
Zrobiłam pranie, bo mi majtek zabrakło, ale leży wszędzie. Bo mi kazali zdjąć z suszarki, którą przezywają końskim czymś tam.
Więc potrzebne majtki leżą gdzieś pomiędzy solą odkurzaczem kamerą i... dmuchanym pachołkiem, który dostałam w Londynie od Michała.
Soli mam po całej podłodze, bo podobno miała zejść plama, ale moi drodzy: gówno prawda. Plama jest jaka była, ale do tego zaschnięta i mam bałagan solny i tą sól w tych majtkach pewnie. Tak, tak. Ja też znam ten dowcip, żeby się dorosły posikał, trzeba mu soli w majtki. Cóż.
Może nie będę tyle płakać.
Apropo nie znalazłam lepszej metody niż to bzdurne pisanie.
Życie mi zbrzydło. Oj jak...
Moment jest najgorszy z możliwych na to, co się dzieje. Nie dość, że chcą mnie wykolegować z mieszkania poznańskiego, to jeszcze luby. Bo luby zrozumiał, że jestem podła. Najpodlejsza z możliwych. Teraz. A ja właśnie zdążyłam całej tej podłości podziękować. Wszystko pożyczyłam wrogowi. I tak bardzo wiem o czym mówi, że nie mogę się wyprzeć słowa. Oczywiście myli się w detalach, ale przecież to gówno ważne. Ważne, że nie pozostaje mi nic uczciwszego, jak pozwolić mu odejść. Nikt nie może tak przecież dłużej żyć. Ale ja go kocham. I jestem człowiekiem. I tak mi bardzo przykro, że nie mam innego wyjścia. Kocham Cię i nie mam wyjścia, jak Cię w końcu zrozumieć. Mój luby mój, wszystko jest źle i wszystko co było, było niepotrzebnie podłe. Tak bardzo chcę urodzić Ci dziecko.

Wczoraj oczywiście styrana pracą na emigracji wróciłam do domu. I jak stałam, tak mejla od lubego przeczytałam. I sobie tak pomyślałam pierwsze co: Jak bym tak jutro rano na wycieczkę z plecakiem wyszła. Powiedziała, że mogę wrócić jutro. Przecież nikt by mnie tu nie szukał. A ja bym znalazła sobie miejsce gdzieś w angielskiej ziemi z tą moją podłością życiową. Nic więcej. Zniknąć i już nie musieć sama ze sobą się zmagać. Bo do wyrzygania mam siebie dość. Franek z akademii sztuk na naszej klasie ma napisane w profilu: dobry człowiek. Tak mu strasznie zazdroszczę, nawet jeśli to jakiś chwyt marketingowy. Bo ja sobie myślę, że wśród tych uczciwych, muszą być gdzieś wokół też tacy jak ja. Z zaschniętą krwią pod paznokciami wszystkich tych, którzy za mną. Każdego bez wyjątku. A krew tych, którzy najbliżej, mam codziennie odświeżaną nowymi atrakcjami. Podła jestem. Albo mnie pełno albo niebezpiecznie mnie nie ma. A paznokcie obgryzam, więc nie widać dowodów.
Nie wiem jak się nią stałam. Tą złą kobietą, której nie poznaję już w lustrze, a którą maluję codziennie. Smaruję. Codziennie grubiej. Codziennie inaczej. Codziennie zasłaniam coś innego. Zmywam tylko czasem łój.
Nie wiem kiedy podjęłam złą decyzję. Może wtedy, gdy nie zaczęłam brać narkotyków, albo wtedy, gdy mówiłam nie, gdy chcieli mnie pierwsi lepsi zaciągnąć w pościele.
Sama siebie najlepiej do wszystkiego przekonam. To robię przez całe życie.
Odkąd tylko pamiętam. Przekonuję się, że nie jestem taka zła. Że może być gorzej. Że wśród tego całego zła, które wyrządzam, jest trochę prawdy i dobra. Zawsze się musi coś trafić. Tak mówią statystyki.
Nie wiem kiedy podjęłam złą decyzję, że jestem teraz taka podła i na wszystko mam taką grubą skórę i wszystko mam w dupie. Kiedy to się zaczęło? Ta nieuczciwość. Może dawno dawno temu kiedy byłam małą dziewczynką i sama musiałam się okłamywać. I młodszą siostrę. A później już nie wiedziałam co jest prawdą. Bo byłam małym dzieckiem. A kiedy urosłam, już było mi bez różnicy. Chyba wciąż jest mi bez różnicy jaka jest prawda. Kto jest winien. Kto co zrobił. Kto kłamał. Kto zdradził. Jest mi bez różnicy czy jest Bóg, a tym bardziej czy jest Prawdą. Jest mi bez różnicy czy rzeczywiście mam talent, czy tylko jestem przebiegła. Czy prawdą może jest tylko to, że mam więcej szczęścia niż rozumu. Mam w dupie co będę robić, a co robić powinnam.
Najukochańszy mój Pamiętniku, piszę, bo wpadam w depresję, bo czuję, czym może być w moim przypadku załamanie nerwowe. Jeśli było kiedyś gorzej, to sama siebie przekonałam wtedy, że nie jest.

Wiesz, że nic nie pamiętam? Zapomniałam wszystko. Wszystkie podłości zapomniałam, by móc sama ze sobą żyć. Więc się nie dziw, że się dziwię. Że popełniam kolejny raz ten sam błąd. Sama się we własnej podłości nauczyłam odnajdywać.
A może wypiję to wino? Przecież to łatwe. A jak znów będę zbyt zmęczona, żeby się powstrzymać przed nadmiernym myśleniem, kupię drugie. Całe życie uciekam. Przed alkoholem i facetami. A najbardziej przed ich połączeniem. Ze skutkiem różnym. Uciekam przed tym, jaka się beznadziejna czuję. Jaka podła. Gdzie uciekam? W ten taki drobny mały urok ze trzy grosze warty, którym potrafię sprawić się wspaniała. Uciekam w zainteresowanie. Gówno mnie obchodzi czyje. W centrum zainteresowania. Na plac Świętego Piotra w Rzymie. I sterczę statuą. Niech mi mówią co we mnie dobre, bo nic dobrego znaleźć sama nie umiem. A później się zastanawiam, z kim ja do cholery rozmawiałam.

Eh ponarzekałam. Będę więcej, bo wciąż liczę, że nikt tu nie przyjdzie. Może czasem Lula, bo mi poradziła w komentarzach, żebym kotwiczkę na ramieniu wytatuowała. To istnieje.
Lula zamieszkaj ze mną. Będzie fajnie. Obie wpadniemy w depresję i znienawidzimy po raz kolejny wszystkich dookoła. A później będziemy żyć długo i nieszczęśliwie skutecznie wszystkich dookoła o to winiąc. Czy to nie piękna perspektywa? Zgódź się.

Już wiem, że narzekać można tylko po polsku. Ten język jest do tego stworzony. W każdym razie mam doła i mogę nie zaliczyć roku, bo się opieprzam. Nie mam czasu robić sztuki, bo robię kawę. Składam właśnie też film. Video art. Ale jest gówno wart. Tyle że śmieszny i postanowiłam pokazać jak wszystko tu mam w dupie. Nie dosłownie. Ale metaforycznie. A! I zrobię trochę sztuki na żywo. 28. maja, bo mamy wtedy prezentację końcoworoczną czyli>zrobię bo muszę, ale to będzie boleć. Będzie boleć bardzo. Nie metaforycznie. Dosłownie. Ale coś się chociaż wydarzy. A wszystko według mojego dizajnu. Najgorsze, że (oczywiście jak w życiu) z kimś to muszę podzielić. Rosalie jak usłyszała, się z emocji roztrzepotała! Aż wino wylała. A wino było chilijskie czerwone i drogie z posmakiem czekoladowym i nie wypiłyśmy nawet lampki.


noga moja w Anglii





14 maja 2008

Rewolucja!

Mam nową rewolucyjną teorię! Ludzie, wszyscy ludzie, wszędzie bardzo dużo pracują, gdyż zależy im na poprawieniu własnej więc i państwowej sytuacji gospodarczej. Istnieje więc pewien rodzaj przyzwolenia społecznego na przepracowywanie i notoryczną nieobecność w tymże społeczeństwie. Sytuacja jednostki poprawia się powoli, wprost proporcjonalnie do sytuacji państwa, w którym jednostka przebywa. Zdarza się, że przyrost jest odwrotnie proporcjonalny, ale na to zawsze mają wpływ inne czynniki. Czasem skrajnie niebezpieczne dla dobra jednostki lub całego społeczeństwa. Niektóre kraje mają sytuację gospodarczą stabilną. Rozpoznaje się to po tym, gdy ceny podstawowych produktów są dostosowane do zarobków. W tejże sytuacji wszystko ma swój porządek i kolej. Wszyscy oczywiście pracują na tą stabilność, ale koniec końców cel zostaje osiągnięty. Dwudniowa wypłata wystarcza na czynsz tygodniowy. Podstawowe produkty są bezproblemowo nabywane. I zostaje conieco. Z coniecem bywa różnie. Rzadko w takim stabilnym państwie conieco jest odkładane. Sytuacja wygląda inaczej w państwach niestabilnych gospodarczo, które z całych sił, każdą ludzką dłonią, starają się gospodarce - klapsami we własne zadki - dopomóc, by jednostka mogła czuć się bezpiecznie i stabilnie. Stabilność taka kosztuje bardzo wiele. Pochłania umysły. Wyczerpuje ogromne rzesze jednostek, które jednak swoją wyrozumiałością dopomagają tej stabilizacji. Tak więc Codzienna walka wygląda zgoła inaczej niż w krajach stabilnych gospodarczo. Codzienna praca wymaga nie tylko potu, ale i krwi. Wciąż, choć mamy dwudziesty pierwszy wiek. Z krwią bywa różnie. Czasem się poleje, a czasem, w bardziej sprzyjających okolicznościach, czerwone krwinki z białymi stworzą kumpelski układ zwany anemią (lub zwany inaczej, gdyż układ stworzą inne struktury). Dzięki takim chorobowym niedogodnościom jednostka musi poświęcić swój drogocenny czas na rekonwalescencję. Pieniędzy oczywiście ile by nie było, zawsze jest za mało. Czy pracuje się 48godz. na dobę czy tylko 24. Portfel jest bezużyteczny już w połowie miesiąca, gdy za jednostką zaledwie czynsz bez opłat. Portfel czeka wówczas do następnej wypłaty, a jednostka rachunki za gaz i śmieci opłaca kredytowo albo nie opłaca wcale, by kredyt wziąć kupą na rachunki z trzech miesięcy, gdy występuje zagrożenie odłączenia, w niesprzyjających okolicznościach, nawet bramy od domu. O jedzeniu się nie myśli, czeka się na następny portfel lub jakąś odpaństwową trzynastkę. Wychodzi na to, że jednostka w takim państwie starającym się o dobrobyt, je raz w roku, a to i tak jak ma szczęście. Nosi się w tym, co wyrzucą na śmieci (przywołując pierwszy lepszy przykład) Niemcy, albo co jest trzydzieści lat niemodne we Francji. I w sumie na to narzekać nie ma co, bo czasem to bardzo dobre ubrania. W fazie lepszej sytuacji gospodarczej jednostkę stać na zakup jeansów lub butów raz na dwa miesiące. W sytuacjach przepracowania jednostka robi taki zakup raz na pół roku uzupełniając również braki w bieliźnie. Jednostka przepracowana bierze wtedy jeden dzień wolnego i do wyrzygania napastuje sprzedawczynie, to znaczy w godzinach od sklepów otwarcia do ich zamknięcia, sprawdzając czy w ciągu ostatniego roku nie otworzono w mieście jakiegoś punktu 24-godzinnego. Na szczęście hipotetyczna 'lepsza' sytuacja gospodarcza wymaga na sprzedawczyniach kompetencji i cierpliwości, w odróżnieniu od sytuacji początkowej walki o stabilizację państwową, kiedy to sprzedawczyni potrafiła odpowiedzieć: NIE MA KOSZULI NA PANA. PAN MA ZA KRÓTKIE RĘCE. Lepsza sytuacja państwa= lepsze maniery w sklepach z odzieżą. Zawsze w kolejce stoi jakiś Wschodniak, który chętnie zastąpi złe maniery ciężką pracą i miłą, bo wypracowaną aparycją. Takimi Wschodniakami jesteśmy my wszyscy, żyjący na emigracji w państwach stabilniejszych gospodarczo, z tego lub innego powodu. Z mojego krótkiego, ale jakże wyczerpującego wykładu wynika jasno, że świat opanowało wielkie szaleństwo pracoholizmu. Wszyscy dookoła się o coś starają, bo zawsze może być lepiej i w sumie nie ważne kto jest w rządzie, bo rządy mijają, a my wiemy, że nasza praca czemuś służy, nawet jeśli zapomnieliśmy czemu dokładnie. Zawsze można sobie przypomnieć. A jak nie można, empatia społeczna znajdzie odpowiedź.

Ja będę tą, której kiedyś ktoś będzie płacił za to, żebym nic nie robiła. Pomysł zdaje się być absurdalny, ale wierzę szczerze, że znajdą się tacy, którzy będą chcieli popatrzeć na brak pracy jak na najlepsze przedstawienie. Ja, za przeproszeniem, mogę to robić z palcem w dupie. W jakiej sytuacji nie było, nie jest i nie będzie 'moje' państwo, zawsze wychodziło i wychodzi mi to najlepiej.
Zatem plan jest prosty. Kiedy ludzie zapomną, co znaczy powiedzenie "co robić, by się nie narobić", a z moich bystrych obserwacji wynika, ż
e ten powolny proces wciąż zachowuje miano procesu, ja będę gwiazdą. Zatem ja cierpliwie poczekam. Oczywiście istnieje niewielkie ryzyko, że nie doczekam. Jak nie doczekam, pomysł opatentuję i zarobią na tym moje dzieci.

...i trochę muzyku bo ja zamiast mówić chcę śpiewać a siedzę w internecie

a taka rada dla tych co doczekali się butów na obcasie i celu, w którego kierunku jest sens biec

12 maja 2008

Polecam, bo to dobry człowiek. A ma tą zaletę, że się dzieli. :)


WOJTEK BOROS

Ostruda


I nie ruszę się stąd nigdy.
Przez najbliższe trzy godziny.
Choćbym był kuszony przez występne
konduktorki i nadobne sokistki z psami.
Nawet widmo Stachury w Czarnej Lokomotywie
mnie nie porwie.

Pani jest ruda i blada. Ja jestem w Suszu rumiany.
Uśmiech Pani jest jak Mocne. Więc choćby
wyjęła Pani bilet na pociąg, a ja wysiadłbym
w Olsztynie, nigdy nie pomyślę o Pani
tak jak teraz. Przez chwilę.


24. 4. 2008


http:borosw.webpark.pl



A teraz do Ciebie, jeśli tu jeszcze przyjdziesz., a mam nadzieję, że nie.


To, co dziś usłyszałam, oznacza tylko jedno. Że tak naprawdę mogłabym w ogóle nie istnieć.

Że w jakimś sensie nigdy nie istniałam.
Ty byłeś nieprawdziwy, a ja nie istniałam. Czyli w końcu wszystko jasno nieustalone.


11 maja 2008

przeszukuję

Adam: Może troszkę przemęczyłaś się na tą wiosnę i dlatego brak wiary chwilowy? Pewnie tak Adamie. Przemęczyłam głowę. Samej chyba trudno oceniać takie sprawy. Ale wiele mnie kosztowały te ostatnie trzy miesiące. Sami pomyślcie... Pyta mnie Gabucha /co się podejrzewa o antypolskość/: Co cię tak zraziło do Poznania, że do Chorwacji cię gna? Odpowiedź jest nawet dla mnie zaskakująco prosta: Widzę, że nie umiem pracować nigdzie indziej i to mnie bardzo niepokoi. W Poznaniu jest mi zbyt dobrze. Wszystko przychodzi po kolei. W tak dobrze znanym rytmie... Ostatecznie zawsze wszystko jest dobrze. A mówił mi dziś mój chłopiec: Wszystko zależy tylko od ciebie, nikt cię nie poprowadzi za rękę, dzieciństwo się skończyło. Dobrze prawi. Jak skończę studia w takim wygodnym klimacie, jaki tam jest, czeka mnie tylko załamanie nerwowe z moją nadwrażliwością. Trzeba w końcu zadbać o wewnętrze. Trzeba zadbać o własny, a nie londyński silnik... Powiedział mój ukochany też: Przypomnij sobie jak smakuje sukces. Jak było, kiedy coś ci naprawdę dobrze wyszło. Przecież musisz pamiętać to uczucie. Tylko za nim zatęsknij... Tylko ja, mój luby, właśnie całe życie więcej o bliskości porażki myślę, niż się cieszę z sukcesu. Wszystko mi tak okropnie i ciężko przychodzi, oprócz zwykłego farta... Czyli nawet moje sukcesy smakowały mi zawsze porażką.. Chyba przywiązałam się do mojego Berdyszaka, jak to było do przewidzenia (nawet jeśli nie wypada). Trudno przychodzą takie myśli, bo jest to też jedyny człowiek na tym świecie, który pokazał, jak mam dać sobie samej szansę. Powinnam przebierając nogami dać ją sobie teraz jeszcze raz. Mówi luby: Najgorsze uczucie to takie, kiedy wiesz, że możesz coś zrobić lepiej, ale nie wiadomo czemu nie zrobiłaś. Najgorsze uczucie to takie, kochani, kiedy nie masz wyjścia i musisz coś zrobić, i tego nie robisz. Ale jedynym powodem jest poczucie kretynizmu, którego nie wolno uwalniać.

Zaczęłam się obrzydliwie wstydzić samej siebie. I choć tak bardzo chciałabym to wykorzystać... Nie da się myśleć o działaniu, gdy podnosisz rękę i czujesz, że ona wciąż leży odłogiem.